Powrót
„Chopin, Chopin!” – dziedzictwo w rozsypce

„Chopin, Chopin!” – dziedzictwo w rozsypce

Manuela Jarzębska
Autorka tekstu
Manuela Jarzębska
Adrianna Smug
Korektorka
Adrianna Smug
Instagram
Barbara Kuliga
Autorka grafik
Barbara Kuliga
Instagram
9 marca 2026

Chopin, Chopin! – Dziedzictwo w rozsypce

Z definicji film biograficzny ma być opowieścią, która przedstawia historię życia prawdziwej osoby, często znanej postaci historycznej, politycznej, artystycznej lub naukowej. Jednak w praktyce najczęściej oczekuje się, żeby ta opowieść była łatwo przyswajalna i tak jak życie – linearna. Często twórcy porywają się na różne ryzykowne zabiegi takie, jak zmiana perspektywy na obserwacje kogoś z boku, co zrobił Miloš Forman w „Amadeuszu” (1984). 

Polskie kino ma zaś z biografiami burzliwą relację. Gatunek w ubiegłej dekadzie przeżył swój rozkwit, natomiast teraz, kiedy zapowiadany jest kolejny film biograficzny, a ci którzy wiedzą, czują lekki niepokój. Tylko w latach 2013-2017 dostaliśmy takie co najmniej solidne filmy, jak „Wałęsa. Człowiek z Nadziei” (2013, reż. Andrzej Wajda), „Bogowie(2014, reż. Łukasz Palkowski), „Jack Strong” (2014, reż. Władysław Pasikowski), „Sztuka Kochania” (2017, reż. Maria Sadowska) czy „Ostatnia Rodzina” (2016, reż. Jan P. Matuszyński). Poza tym kilka lat temu przeżyliśmy też wysyp filmów biograficznych z Dawidem Ogrodnikiem, który chociaż jest bardzo dobrym aktorem, to stał się wtedy trochę — przynajmniej na grupkach filmowych — memicznym uosobieniem przepisu na poprawny film biograficzny. W ostatnim czasie passa się trochę odwróciła, bo można podać biografię Simony Kossak („Simona”, 2023), gdzie najbardziej odczuwa się te sceny, które prawdopodobnie wycięto w post produkcji albo dajmy na to „Piłsudzkiego”, który był nieudanym, ale trochę podręcznikowym przykładem tzw. kina dziedzictwa, czyli heritage cinema. 

Heritage Cinema to najpowszechniejszy typ kina biograficzno-historycznego, w którym przeszłość opowiada się w myśl porzekadła, że najbardziej lubimy te melodie, które już znamy. W przeszłości wszystko miało swój porządek – ciągłość wydarzeń, etykieta, warstwy społeczne. Byli mężczyźni – waleczni i były kobiety. Byli bogaci i byli biedni, którzy mogli ewentualnie podważyć ten układ na potrzeby fabuły, ale wiemy, jak wyszło w rzeczywistości. Była harmonia, której widz oczekuje, bo gdyby potrzebował chaosu to zamiast do kina poszedłby na spacer, albo podjąłby mniej oczywistą decyzję kinofilską. Są jednak twórcy, którzy decydują się wyrwać z tego układu i opowiedzieć biografię inaczej. Oczywiście wiąże się to z ryzykiem, które nie zawsze się opłaca. 

W przypadku „Chopin, Chopin!” reżyserowi Michałowi Kwiecińskiemu się nie opłaciło, bo film, będąc drugim najdroższym polskim filmem kinowym po 1989 r., nie zarobił na siebie. Otrzymał mieszane recenzje, a nagłówki huczały, że przy kilkudziesięciomilionowym budżecie (według różnych źródeł kosztował on pomiędzy 60-70 mln zł) zarobił w Polsce zaledwie kilka milionów. A szkoda, bo „Chopin, Chopin!” to nie jest zły film... 

„Chopin, Chopin!” nie jest złym filmem, ale jednak posiada wadliwy scenariusz. To prawda. Tyle i aż tyle. Wszystko inne gra w nim świetnie. Porównanie talentu aktorskiego Eryka Kulma do talentu muzycznego Fryderyka Chopina to jednak zbyt wielkie słowa i niektórzy mogą uznać je za obrazoburcze, ale po raz kolejny udowadnia, że jest świetnym aktorem i niczym wirtuoz odgrywa tę rolę. Gdyby nie to, że Tomasz Schuhardt także był w tym roku nominowany do Złotych Lwów w Gdyni, to rzuciłabym, że Kulm został z tej nagrody okradziony. Natomiast napiszę wprost, że sam film został okradziony nie z nagrody, bo o tym scenariuszu za chwilę, ale z kandydatury. 

Powtórzę jeszcze raz – „Chopin, Chopin!” nie jest złym filmem i powinien zostać polskim kandydatem do Oscara. Raczej nie dostałby nagrody, nie wiem czy nawet załapałby się na nominację (chociaż nie uważam, że byłby bez szans!). Ale po pierwsze – taka kandydatura otwiera też ścieżkę do innych nominacji, min. za kostiumy czy scenografię, a po drugie – jest to polski film, polskich twórców, z polską obsadą i o wielkim artyście, który całe życie podkreślał, że jest Polakiem. A Polska od zawsze potrzebowała bohaterów i od zawsze ich szukała. Takich na cały świat, takich jak Robert Lewandowski, żeby wszyscy go znali, takich jak Maria Skłodowska-Curie, żeby nikt nie przekręcał nazwiska. W czasie, w którym film miał kinową premierę, w Warszawie odbywał się Konkurs Chopinowski, „olimpiada dla pianistów”, najbardziej prestiżowe wydarzenie, którego popularność wykracza daleko poza branżę i wciąż rośnie. Tutaj widzę zupełnie niewykorzystany potencjał na promocję zarówno konkursu, jak i filmu. Zamiast „Chopin, Chopin”, polska zaproponuje Akademii „Franza Kafkę” Agnieszki Holland, film bez jakiegokolwiek polskiego akcentu, którego akcja, tak jak życie pisarza dzieje się w Pradze i toczy w języku czeskim i niemieckim, więc decyzja PISF-u jest dla mnie nieuzasadniona. Nie jest to też film udany w większym stopniu niż „Chopin, Chopin!”, choć bardziej ryzykowny, ale koniec końców nie tylko o ryzyko tu chodzi. 

Zanim przejdziemy do tego, co się nie do końca Michałowi Kwiecińskiemu udało, warto pochylić się nad warstwą wizualną. Na szczęście zarówno kostiumografki — Justyna Stolarz oraz Magdalena Biedrzycka — jak i odpowiedzialni za scenografię, Katarzyna Sobańska, a także Marcel Sławiński podołali nie tak łatwemu zadaniu, odpowiedniego wykorzystania ogromnego budżetu, jakim dysponowali. Kostiumy i plany wyglądają świetnie, jak z epoki, której estetyczny potencjał został w pełni wykorzystany. Najdroższy polski film po 1989 r., to wciąż „Quo Vadis” (2001) Jerzego Kawalerowicza, gdzie pod tym względem (i pod innymi też) można dostrzec pewnie niedociągnięcia (adidasy wystające spod rzymskich tog). „Chopin, Chopin!” to nieporównywalnie lepsza produkcja, ze scenografią i kostiumami na światowym poziomie. 

Co zatem poszło nie tak? Reżyser przyjął częściowo taktykę zastosowaną w swoim ostatnim, obsypanym nagrodami dziele „Filip” (2022), który jest filmem jednego aktora i praktycznie nie znika z ekranu. Tutaj jest podobnie, z tym, że Filip był postacią fikcyjną, a Fryderyk Chopin, prawdziwą, otoczoną wieloma ciekawymi sylwetkami, które tutaj zostały sprowadzone do roli prawie że side kicków, których życie polega na orbitowaniu wokół kompozytora. O Ferencu Liszcie i jego niezwykle ciekawym życiu, które też zasługuje na serial nie dowiemy się, że był wybitnym kompozytorem, chociaż jego postać poza głównym bohaterem jest najbardziej „rozwinięta” i grający go Victor Meutelet wykorzystuje każdą chwilę na ekranie oraz akompaniuje Erykowi Kulmowi. O wiernym przyjacielu Chopina, Juliuszu Fontanie, nie dowiemy się absolutnie nic, chociaż ich relacja to mocno niewykorzystany potencjał, także narracyjny. Jednak najbardziej odczuwalne jest pominięcie postaci George Sand. 

O Fryderyku i jego wieloletniej partnerce powstał już co prawda jeden film, ale był to związek bardzo ciekawy, nieoczywisty i ciężki do opowiedzenia w kilka minut co próbowali zrobić tutaj twórcy. George i Chopin mieli zupełnie przeciwne charaktery, temperamenty i poglądy. George była postępową, starszą od niego o 10 lat matką dorastających dzieci i jedną z pierwszych ikon nienazwanego jeszcze wtedy feminizmu, a Fryderyk był raczej konserwatywny oraz marzył o założeniu rodziny. Kiedy się spotkali kompozytor wciąż liczył na małżeństwo z Marią Wodzińską (która pomimo, że Kulm gra tak jakby był szczerze zakochany, to pojawia się na ekranie na może minutę, znikąd i znika na zawsze), a mimo to pianista i pisarka spędzili ze sobą prawie dekadę.  W filmie ten okres to kilka minut, który ani nie przestawia nam w żaden sposób sylwetki jego życiowej partnerki, ani nie zagłębia się w łączące ich uczucie, chociaż te wspólne lata to postęp jego choroby i stopniowe grzebanie marzenia o własnej rodzinie. Gdyby ten jeden motyw poprawić, to cały film odbierałoby się o wiele przychylniej, a gdyby scenariusz poświęcił też innym wątkom trochę więcej czasu to byłoby to w pełni udane i zadowalające dzieło. 

„Chopin, Chopin!” świadomie nie wpisuje się w kanon „kina dziedzictwa”. Fabuła to sceny z życia, kojarzące się z bardziej współczesnymi oraz bardziej niezależnymi produkcjami, to film idący do przodu, do końca, bardziej w rytmie współczesnej muzyki, niż harmonijnych kompozycji fortepianowych… Może jednak czasami tempo jest zbyt szybkie i skoczne. Sam kompozytor żył w epoce przemian. Jego partnerka była skandalistką i emancypantką, jego ojczyzna zniknęła z mapy, a ostatnie lata jego życia upłynęły w cieniu niepokoi społecznych, których punktem kulminacyjnym była wiosna ludów w 1948 r. (zresztą jedno z najbardziej znanych dzieł Chopina, Polonez op. 53, swoją nazwę „Heroiczny” zawdzięcza właśnie Sand, która określiła go tak w czasie tych wydarzeń). To jednak błąd scenarzystów, że nie wspomnieli o tym szerzej, bo jeśli ktoś to wszystko wie, to będzie mógł wykorzystać tę wiedzę podczas seansu i dopowiedzieć sobie wiele rzeczy. Chociaż ja historię związków i przyjaźni artysty sprawdzałam już po seansie, bo czułam, że coś niesłusznie zostało pominięte. Jeśli widz, tego nie wie, to może się poczuć zagubiony bądź rozczarowany. 

Na podobną przypadłość chorowała inna wielka produkcja o niefrancuskim francuzie – „Napoleon” Ridleya Scotta (2023). To także produkcja kręcona z rozmachem, jednak bardziej skłaniająca się ku kinie dziedzictwa, gubi się w cieniu wielkości swojego bohatera. Jeśli ktoś nie znałby Napoleona, albo nie pamiętałby już listy bitew wypisanych ciasno na stronie podręcznika do historii dla drugiej klasy gimnazjum, to mógłby przeoczyć, jak wielką i ważną postacią historyczną był Napoleon. A jednak w przypadku Chopina nie da się przeoczyć jego talentu i charyzmy. 

Michał Kwieciński i scenarzysta Bartosz Janiszewski podjęli ryzyko, które nie opłaciło się finansowo, ale artystycznie wniosło do polskiego kina dużo dobrego i powiew świeżości. Długo jeszcze nie będzie kolejnej produkcji nakręconej z aż takim rozmachem, jednak może więcej twórców porwie się w miarę możliwości na ciekawsze rozwiązania narracyjne. Bo Kwieciński w „Filipie” udowodnił, że mogą się one udać także przy mniejszym budżecie. „Chopin, Chopin!” nie jest ani nieudanym, ani złym filmem. Szkoda jednak, tego, że bardzo łatwo można by go naprawić, i wtedy mógłby stać się filmem fajniejszym, przystępniejszym, nie tracąc na walorach artystycznych, a Chopin jako gwiazda epoki dotarłby do większej liczby odbiorców. 

„Chopin, Chopin!” – dziedzictwo w rozsypce – Zaparzone Rozmowy