Powrót
Czy potrzebujemy nowych Lalek?

Czy potrzebujemy nowych Lalek?

Manuela Jarzębska
Autorka tekstu
Manuela Jarzębska
Adrianna Smug
Korektorka
Adrianna Smug
Instagram
Barbara Kuliga
Autorka grafik
Barbara Kuliga
Instagram
11 marca 2026

Czy potrzebujemy nowych Lalek?

Nie ma w polskim kanonie drugiej powieści, która tak mocno zakorzeniłaby w świadomości społeczeństwa na kolejne pokolenia i od dekad przechodziła próbę czasu jak „Lalka”. Rozłożony na czynniki pierwsze Sienkiewicz, a nawet inne dzieła Bolesława Prusa nie bronią się tak dobrze jak robi to z powodzeniem jego najsłynniejsze dzieło. Izabelę Łęcką znają dzieci w podstawówce, chociaż według kanonu lektur powinna ona pojawić się dopiero w liceum. 

Wynika to zapewne z dwóch rzeczy: 

Po 1. „Lalka” w szkołach jest katowana ze względu na swoją wielowątkowość, ponieważ celem Prusa był zniuansowany portret XIX społeczeństwa, ale koniec końców okazuje się to przydatne w rozprawce maturalnej. Po 2. To wałkowanie powieści przełożyło się na popularność głównego wątku, w którym chodzi o to, że głupia baba nie chciała dobrego chłopa. Jeszcze do niedawna, w ubiegłej dekadzie, do tego sprowadzało się odczytywanie „Lalki”, a w Internecie na memy, które sugerowały, że Łęcka była kobietą lekkich obyczajów – można je było znaleźć szybciej niż streszczenie samej lektury, tak potrzebne do sprawdzianu na jutro. Na szczęście w ostatnich latach można w końcu zauważyć odwrotność tego trendu, kolejne pokolenia internautek nie są już tak tolerancyjne i pełne czułości wobec namolnych zalotów starszych od siebie mężczyzn. I na tym można by zakończyć, dlatego potrzebujemy nowej ekranizacji „Lalki”. Ale jednak, w tej kwestii, tak jak o samej powieści, można napisać znacznie więcej. 

Lata 60. i 70. (plus kilka kolejnych lat) to złota era ekranizacji wielkich polskich powieści. W tamtym okresie relizowano filmy na wielką skalę. Dla „Krzyżaków” (A. Ford, 1960) ściągnięto z USA kolorowe taśmy, w „Faraonie” (1966, J. Kawalerowicz) miało brać udział dwa tysiące statystów, a „Potop” (1974, J. Hoffman) do dzisiaj robi pozostawia niezatarte wrażenie ogromu i rozmachu. Zwycięski pochód polskich adaptacji zamyka ikoniczny „Znachor” (1982, J. Hoffman), ale wielkimi produkcjami nie szło już zakrywać kryzysu lat 80. Pojawiły się jeszcze „Ogniem i mieczem” (1999, J. Hoffman), które pamiętamy przede wszystkim dzięki „Dumce na dwa serca”, jednak produkcja nie podzieliła sukcesu swoich sióstr oraz najdroższa klęska polskiej kinematografii – „Quo Vadis” (J. Kawalerowicz, 2001). Może to właśnie spektakularna porażka tego ostatniego prawie całkowicie zahamowała na pewien okres ekranizacje polskiej literatury.  Wróćmy jednak na chwilę do tego złotego wieku, gdyż wtedy powstały aż dwie ekranizacje „Lalki”, w krótkim czasie. Najpierw Wojciech Jerzy Has w 1968 r. stworzył film z Mariuszem Dmochowskim i Beatą Tyszkiewicz w rolach głównych. Niespełna dekadę później, w 1977 r. powstał serial – tym razem z Jerzym Kamasem i Małgorzatą Braunek, która wcześniej zagrała Oleńkę w „Potopie”.

Dlaczego więc, skoro mamy aż dwie dobre ekranizacje „Lalki” powstają następne – zarówno serial, jak i film? Kiedy w marcu gruchnęła wiadomość najpierw o jednej, a potem kolejnej produkcji, wśród fanów kina oraz literatury zawrzało. Kto zagra Wokulskiego, a co ważniejsze – kto zagra Łęcką? Wydaje mi się, że najprostsza odpowiedź na główne pytanie kryje się w liczbach.  Chociaż faktycznie tempo ekranizowania lektur szkolnych w ostatnim czasie w Polsce zmalało, a ostatnią głośną produkcją były najprawdopodobniej „Kamienie na szaniec” (R. Gliński, 2014), to ciężko się oprzeć wrażeniu, że te wymienione wcześniej — powstałe w PRL ekranizacje — mimo wszystko zamknęły temat na kilkadziesiąt lat. 

Porównajmy się na moment do takich Anglików, którzy uwielbiają ekranizować powieści. Sama „Duma i uprzedzenie” miała co najmniej pięć adaptacji, natomiast od 1992 r. „Wichrowe wzgórza” doczekały się trzech angielskich ekranizacji filmowych – wielu serialowych, w tym tej najbardziej znanej z 2009 r. 

To tylko dwa przykłady, bo wiele brytyjskich powieści doczekało się ekranizacji, inscenizacji radiowych i innych przeróbek, dzięki czemu na Wikipedii mają poświęcone całe strony zawierające listy zarówno angielskich, jak i zagranicznych realizacji. To oczywiście nie jest wyjątek – po prostu Anglicy bardzo lubią ekranizować swoje dzieła. Dajmy na to, zbliżającą się premierę „Wichrowych wzgórz”, która wywołuje wiele kontrowersji – a po zwiastunie można założyć, że celem reżyserki nie było oddanie jak najwierniej historycznych realiów. Ciężko teraz ocenić, ale jest dość jasno zasugerowane, że twórcy przedstawią nam własną, przefiltrowaną przez swoją wrażliwość interpretację. Jednak, jeśli ktoś bardzo będzie chciał obejrzeć klasyczniejszą wersję, to nie tylko może wybrać, tę najsłynniejszą z 1992 r., ale ma do wyboru dziesiątki różnych adaptacji. Z kolei polski widz tego luksusu nie ma. Wiele ciekawych powieści — starszych czy współczesnych — nie trafiło nigdy na ekrany kina albo ich ekranizacje kurzą się w filmowych archiwach. Dla współczesnych pisarzy najszybszym sposobem, żeby ich powieść trafiła na ekran kinowy to napisanie kryminału, bo tych powstaje tyle, że zaczynają się trochę zlewać w jednolitą masę. Natomiast w ostatnich latach nastąpił pewien przełom za sprawą dwóch, może trzech, ciekawych, ale skrajnie różnych filmowych adaptacji.

Pierwsza to „Inni ludzie” (2021) w reżyserii Aleksandry Terpińskiej, według powieści Doroty Masłowskiej. Film niekonwencjonalny, tak jak tekst źródłowy, ale mimo tego odbił się szerokim echem. Potem byli animowani „Chłopi” (2023, D. Kobiela, H. Welchman) – też obawiano się profanacji serialu z 1973 r., ale okazali się być nie tylko artystycznym i kasowym sukcesem, jednak przede wszystkim stara opowieść została odświeżona i dostała drugie życie, poruszając wrażliwość młodszych widzów. No i w końcu – netflixowy „Znachor” (2023, M. Gazda), który okazał się wielkim przebojem, a wbrew temu czego wielu się obawiało ani nie jest to słaby film, ani nie zdetronizował ikonicznej wersji z 1982 r. 

Nie wiadomo, kiedy dokładnie Netflix zdecydował o nakręceniu adaptacji „Lalki”, chociaż śmiem podejrzewać, że sukces „Znachora” pomógł w podjęciu tej decyzji. Nie wiemy też, kiedy równolegle zadecydowano o powstaniu filmu, ale raczej w podobnym czasie, skoro informacje o odbywających się zdjęciach wypuszczono równolegle. 

W sumie zapotrzebowanie na nową „Lalkę” najłatwiej porównać do przypadku nowych „Chłopów”. Chociaż serial z 1973 r. jest powszechnie chwalony, to jednak obecnie najczęściej młodsi widzowie sięgali po produkcję przed sprawdzianem. W nowej wersji akcent położono na głównej bohaterce, pozycji kobiety w społeczeństwie oraz wątek romansowy.  Czasy się zmieniły i zmieniło się kino. Coraz częściej sięga ono obecnie po motywy klasowe i nierówności społeczne, ale musi na siebie zarobić. A „Lalka” składająca się z wielu wątków świetnie wpasuje się w dzisiejsze trendy, jednak przede wszystkim może Izabela Łęcka doczeka się w końcu sprawiedliwości. Nie jest ona postacią pozytywną, ale tak jak w przypadku Jagny – jej jedyną walutą jest uroda, a tak naprawdę niewiele można za nią kupić, jak przekonują się bohaterki. Obydwie wsadzone w mechanizmy społeczne nie mogły w pełni decydować o własnym losie, mogły z nim w jakiś sposób walczyć, jak Jagna albo dostosować się do zasad jak Izabela. 

Bez wątpienia obie produkcje odniosą sukces frekwencyjny, a ściganie się na to kto pierwszy uchyli rąbka tajemnicy co do obsady, plakatu, fotosów już teraz przynosi efekty oraz wzbudza zainteresowanie. Zakładam, że ten wyścig jest ustawiony między producentami i będzie to coś na wzór Barbiehaimera

Jaka będzie ich jakość? Nie mamy teraz możliwości, aby to ocenić. Jak dostosują się do nowych trendów narracyjnych? Nie wiemy, chociaż Sandra Drzymalska, grająca główną rolę w filmie, wspomniała, że jej Łęcka ma być feministką, co też jest lekko dziwną interpretacją postaci, ale nic więcej na razie nie wiemy.  Ale czy te ekranizacje są potrzebne? Tak, bo nie tylko wzbudzają na nowo zainteresowanie klasykami, ale jest także szansa, że przedstawią na nowo niektóre akcenty, pozwalając wybrzmieć temu, czego teraz najbardziej od „Lalki” potrzebujemy.

Czy potrzebujemy nowych Lalek? – Zaparzone Rozmowy