Gdzie jest dalej? – Powrót do Avalonu Jerzego Michała Murawskiego
Gdzie jest dalej? – Powrót do Avalonu Jerzego Michała Murawskiego
Śmierć to jedyna rzecz na świecie, której spodziewać powinien się każdy z nas.
Skoro to sobie już przypomnieliśmy (ziarno grozy zostało zasiane), przejdźmy do bardziej znaczących elementów naszych dzisiejszych rozważań. Bo też: co właściwie wynika z tego, że wszyscy kiedyś umrzemy? Jest na pewno aspekt biologiczny: złożą nas w zimnej ziemi, gdzie nakarmimy sobą robaki i będziemy pomagać w obracaniu wiecznego kręgu (o ironio!) życia. Ewentualnie spalą nas i wsadzą do urny. Tu dyskurs na temat śmierci mógłby się zakończyć, gdyby nie ludzka ciekawość. Gdyby nie liczne próby udowodnienia sobie, że to nie koniec drogi – jedynie brama, próg, który należy przekroczyć, by pójść dalej.
Dalej? Gdzie jest to całe dalej?
Według Celtów na rajskiej wyspie Avalon – przynajmniej dla tych, którzy odpowiednio sobie na to zapracowali, ta forma zaświatów zwana jest zamiennie również Wyspą Jabłek lub Wyspą Jabłoni (bo rosną na niej wspaniałe jabłonie), czy Ziemią Kobiet (bo strzeże jej dziewięć pięknych czarodziejek z Morganą na czele). W czasach przedchrześcijańskich, wierzono, że tam trafiają dusze bohaterów, bo właśnie oni zasłużyli sobie na wieczne życie po śmierci, na idylliczną egzystencję wśród wszelkich rozkoszy stołu i łoża. Avalon to kraina zatopiona pod falami mitycznego Oceanu Zachodniego lub - co zdaje się znacznie częstszym jej przedstawieniem – skryta za szczelną zasłoną mgły. Tam wykuto Excalibur, tam też miał znajdować się cudowny Graal dający wieczną młodość. To przynajmniej wiemy, dzięki swoistemu spoiwu tradycji pogańskiej i chrześcijańskiej, cyklowi legend i podań o nieodżałowanym królu Arturze.
Losy Artura, mężnego pana zamku Camelot, są nam wszystkim lepiej lub gorzej znane. Rycerze Okrągłego Stołu, poszukiwania Graala, Merlin, miecz w kamieniu, etos rycerski, tragiczna miłość Lancelota i Ginewry - motywy tak rozpowszechnione w kulturze europejskiej, że można je nazwać klasycznymi. Są wiecznie żywe, a autorzy ciągle poddają je reinterpretacji i opowiadają na nowo. W Muzeum Śląskim w Katowicach, zagościły na wystawie czasowej pod kuratelą Magdaleny Kędzierskiej. Czy raczej: powróciły - jak podpowiada nam tytuł instalacji – Powrót do Avalonu.
Jak arturiańskie dalej widzi Jerzy Michał Murawski? W sposób... cóż, ciekawy.
By znaleźć wystawę, kierujemy się do budynku o dumnej nazwie Spichlerz – jeszcze kilka kroków i jesteśmy u progu Avalonu. Naszym przewodnikiem staje się teraz Merlin -czarodziej, wieszcz i potężny mag, według legendy, zrodzony bez ojca. Znany przede wszystkim jako nauczyciel i doradca Artura. Zanim wraz z Merlinem zagłębimy się w sferę dalej, warto rzucić okiem na zamieszczoną przy wejściu mapę, by nie zagubić się w gąszczu... no właśnie, czego?
Na pewno nie jabłoni. Wizja Murawskiego bowiem odbiega dość znacząco od tej, która ma uzasadnienie w legendzie (i semantyce, bo walijskie słowo afal, brane za słowotwórczą podstawę nazwy Avalon, oznacza właśnie jabłko). Tu nie ma nic rajskiego, jedynie czarne ściany, niepokojąca (choć dziwnie spokojna...) muzyka i mnóstwo (mnóstwo!) luster. Przyciągają wzrok. Przechodząc obok, jakby nieświadomie, zerkamy w ich kierunku,
i tym samym pozwalamy sobie na ujrzenie nas samych wśród przebywających w otchłani postaci z legend. Słowo otchłań zdaje się z resztą dość trafne wobec labiryntu nieskończonego mroku.
Artur i jego kamraci nie ucztują, ale i nie leżą w grobach. Zasnęli tak, jak stali: przy okrągłym stole, w czasie rzucania zaklęć, ukryci przed ciekawskim wzrokiem na schadzce
z kochanką. Ich spokoju pilnuje Charon, choć nie żąda od wstępujących zapłaty za dostąpienie honoru zejścia do podziemia. Dziwnie z resztą nie pasuje do tej wizji celtyckiego dalej. Łączy zaświaty Artura z zaświatami Edypa, Kreona, Odysa. Już u kolebki zaplata ze sobą zaczątki kultur, dziś zwarte w sensowną, europejską całość. Śpi razem z rycerzami – takimi samymi, jak nasi legendarni wojowie z Tatr.
Czeka, bo choć Sen jest bratem Śmierci, to diametralnie się od niej różni. Jego wyrok da się cofnąć, gdy tylko nadejdzie czas Przebudzenia.
Przecież kultura nie umarła. Nie umarła też zapisana w niej, od zarania dziejów, potrzeba poszukiwania dobra, walki o dobro. Dziś bardzo jej potrzebujemy, bo co czyni z nas ludzi, jeśli nie ta walka, którą dzielimy się ze sobą, odkąd człowieczeństwo zaczęło istnieć? Artur i jego druhowie czekają, bo poszukiwanie Graala, czymkolwiek nasz osobisty Graal by nie był, trwa. I będzie trwało do końca świata.
Niechętnie podsumowuję moje przeżycia w sposób lapidarny (czy to nie ciekawy zbieg okoliczności, że słowo to pochodzi od łacińskiego lapidarius, czyli kamienny – jak sen, jak kamień, z którego Artur wyciągnął miecz, by zostać królem?), bo też żadne nigdy lapidarne nie jest. Gdyby jednak ktoś kazał mi w kilku słowach opisać to, czego świadkiem byłam, musiałabym użyć takich stwierdzeń jak: zaskakujący dobór środków artystycznego wyrazu. Może powiedziałabym nawet: rozczarowanie dla tych, którzy nastawili się na fabularną (żywszą? mniej senną?) opowieść. W końcu doszłabym do konkluzji: intrygujący obraz, który każdy może zinterpretować na własny sposób, z perspektywy takich fragmentów kultury, które na pierwszy rzut oka, mogą do niego pasować.
Co zaś do ostatniego ze stwierdzeń: ten obraz nie będzie trwał wiecznie. Już we wrześniu zniknie z Muzeum Śląskiego. Jeśli więc jest jeszcze ktoś, kto chciałby u boku Merlina spojrzeć w oczy Arturowi, niech lepiej spieszy się do Spichlerza. Niech przy okazji rzuci okiem na dostępny w sklepiku muzealnym komiks pod tym samym tytułem, którym ochrzczono wystawę. Ten, choć adresowany do dzieci, może nieść przesłanie także dla dorosłych. Kto wie, czy nie zaklął go sam Merlin, by pomóc nam zostać Rycerzami Okrągłego Stołu? Cokolwiek to dla nas znaczy.