Powrót
Hiszpania, kraj gdzie nawet schody mają sjestę

Hiszpania, kraj gdzie nawet schody mają sjestę

Julia Kokoc
Autorka tekstu
Julia Kokoc
Instagram
Emilia Kwiatkowska
Korektorka
Emilia Kwiatkowska
Wiktoria Hyla
Autorka grafik
Wiktoria Hyla
5 września 2026

Hiszpania, kraj gdzie nawet schody mają sjestę

Wszystko zaczęło się już w chwili, gdy wylądowałam w Hiszpanii. Samolot bezpiecznie dotarł na miejsce, pasażerowie odpięli pasy i zaczęli w pośpiechu przygotowywać się do opuszczenia pokładu. Był tylko jeden drobny problem. Zapomniano o nas. Dokładniej – zapomniano podstawić schody i autobus, którym mieliśmy dostać się z płyty lotniska do terminalu. Siedzieliśmy więc w samolocie i patrzyliśmy przez okna, zastanawiając się, czy może istnieje jakiś szczególny powód, dla którego po wylądowaniu nadal znajdujemy się w środku.

Najwyraźniej istniał. Hiszpanie mieli na wszystko czas i właśnie wtedy powinnam była zrozumieć, że przez najbliższe dni będę funkcjonowała w rzeczywistości, w której słowo „natychmiast” najwyraźniej nie ma takiego samego znaczenia jak w Polsce, bo Hiszpanie naprawdę mają czas na wszystko.

Mają czas na obiad, który dla Polaka mógłby być spokojnie kilkudaniowym świątecznym spotkaniem. Mają czas na kawę, która nie jest wypijana w biegu między jednym obowiązkiem a drugim. Mają czas na rozmowy, wieczorne spotkania i długie spacery. Kiedy w środku dnia nadchodzi pora sjesty, mają również czas na to, aby po prostu na chwilę zniknąć z życia publicznego.

Początkowo trudno było mi się do tego przyzwyczaić. Człowiek wychodzi na miasto z konkretnym planem, chce coś kupić albo gdzieś wejść, a tymczasem drzwi są zamknięte. Powód? Sjesta. W Polsce zamknięcie sklepu w środku dnia mogłoby zostać odebrane niemal jako akt zniewagi wobec klienta, bo „przecież właśnie teraz czegoś potrzebuję!”. W Hiszpanii odpowiedź wydaje się jednak niezwykle prosta: „Potrzebujesz? To poczekaj, przecież masz czas”.

Z każdym kolejnym dniem zaczynałam rozumieć, że być może w tym pozornym chaosie kryje się pewna filozofia. Hiszpanie niekoniecznie mają więcej czasu niż my. O zgrozo! Doba również trwa tam dwadzieścia cztery godziny, a zegarki – przynajmniej te, które widziałam – nie poruszają się wolniej.

Może jednak po prostu inaczej rozkładają swoje priorytety. Z perspektywy osoby przyzwyczajonej do dokładnego planowania hiszpańskie podejście do czasu może wydawać się wręcz podejrzanie spokojne. Jednak po pewnym czasie zaczęłam się zastanawiać, kto właściwie postępuje rozsądniej. My, którzy próbujemy wykorzystać każdą minutę dnia i często nie potrafimy spokojnie usiąść bez poczucia, że powinniśmy w tym czasie robić coś pożytecznego? Czy może oni, którzy potrafią zamknąć sklep, zjeść obiad bez pośpiechu i – jak pokazał mój pierwszy dzień w Hiszpanii – nawet zapomnieć o pasażerach czekających na schody, ponieważ najwyraźniej wszystko można zrobić później?

Nie twierdzę, że po powrocie zaczęłam spóźniać się na każde spotkanie i zamykać drzwi przed nosem osób, które przyszły coś załatwić. Jednak z Hiszpanii przywiozłam ze sobą pewną myśl. Może nie wszystko musi wydarzyć się natychmiast, może czasami naprawdę warto zwolnić. A jeśli ktoś będzie na nas czekał? Cóż… przecież mamy czas.