Powrót
Jak rozpoznać grafomana w literackiej głuszy?

Jak rozpoznać grafomana w literackiej głuszy?

Krótka charakterystyka zjawiska grafomanii, zarówno z perspektywy psychologicznej, jak i tekstowej. Rozważania łączymy z analizą niedawno zaognionego konfliktu z odmętów booktoka i case study na przykładzie sławetnej autorki „His Obsession”.

Dominika Zięciak
Autorka tekstu
Dominika Zięciak
Anna Majewska
Korektorka
Anna Majewska
Wiktoria Hyla
Autorka grafik
Wiktoria Hyla
21 kwietnia 2026

Jak rozpoznać grafomana w literackiej głuszy?

Domyślam się, czytelniku, że odnośnie wrażliwości artystycznej moglibyśmy się czasem nieźle pokłócić – nie dlatego, że jedno z nas ma obiektywnie lepszy gust, ale przez prostą i starą jak świat prawdę, że każdy z nas ma swoje własne i niepowtarzalne potrzeby. Możemy śmiało przyjąć, że nasze ukochane książki się od siebie różnią. Nie dalej jak tydzień temu odkryłam, że Umberto Eco, który jest moim literaturoznawczym i literackim idolem, stanowi jednostkę kompletnie bezsensowną i niemożliwą do strawienia dla mojego dobrego przyjaciela. I to świetnie, bo właśnie dzięki temu jesteśmy tak wyjątkowi i przez tę wyjątkowość ludzcy. Nieważne jednak, co lubimy, nieważne co wpływa na nasze wybory, wszyscy jesteśmy bowiem równie silnie narażeni na różne grzechy i grzeszki rynku wydawniczego.

Buszując pomiędzy półkami księgarń i postami, oferowanymi przez związane z literaturą media społecznościowe, możesz wpadać na przeróżne propozycje, jedne lepsze, drugie gorsze, jeszcze inne przeciętne. W zależności od swoich preferencji, ocenisz je tak jak ja lub zupełnie na odwrót – chyba, że trafisz na grafomana. Wówczas będziesz musiał przyznać, że jego książki są, cóż, niezwykłym zjawiskiem.

Grafomania – aspekt psychologiczny

Nim na poważnie zaczniemy naszą rozmowę, muszę ci coś oznajmić, by przypadkiem nie doszło do nieporozumienia: nie chcę, by ta rozprawa na temat grafomanii stała się w twoich oczach wyrazem najgłębszej pogardy wobec grafomanów (z którymi, w pewnych aspektach, głęboko się utożsamiam). Jeżeli coś przyjdzie nam tu napiętnować, to jedynie niewłaściwe i niegodne zachowania, które mogą wynikać z sytuacji, w której się oni znajdują. Skoro zaś to sobie wyjaśniliśmy – biegnijmy dalej w gąszcz literackiej dżungli!

O grafomanii możemy bez wątpienia powiedzieć, że już samo określające ją słowo (pochodzące od greckich wyrazów oznaczających „rysowanie” i „szaleństwo”) ma wydźwięk pejoratywny. Musimy jednak pamiętać, że czasem używamy go wobec utworów, które w innej epoce zyskają miano wybitnych i kultowych, bo teoria literatury i ogólne sądy na jej temat zmieniają się na przestrzeni wieków o 180 stopni. Warto tu wspomnieć na przykład o postaci z polskiej historii literatury, osiemnastowiecznym barokowym poecie. Józef Baka współczesnym sobie uchodził za wzór pospolitości i złego smaku, nie wspominając o głupocie. Dopiero międzywojnie zafascynowało się jego twórczością - a ta fascynacja trwa po dziś dzień. 

Jeżeli piszemy utwór literacki, ale nie mamy do tego ani grama talentu, możemy liczyć się z tym, że ktoś okrzyknie nas grafomanem. Podobnego przydomka możemy się dorobić, gdy „szał pisania” osiągnie w nas stan krytyczny; w takim przypadku ‘grafomanią’ nazwiemy niemal opętańczą potrzebę pisania i przelewania na papier swoich myśli. Muszę ci przyznać, czytelniku, sama czasem popadam w taką grafomańską obsesję. Wówczas mało mi otwartych na moim starym dobrym laptopie dokumentów tekstowych; na pewno kupię też nowy zeszyt, w którym będę bez ustanku bazgrać, nie ważne, że pozostałych dziesięć leży po kątach szufladek, rozpoczętych i nigdy niedokończonych – ten przecież będzie inny. Ten będzie miał w sobie dzieło mojego życia. Naturalnie, gdy taka chwilowa pasja przechodzi, stwierdzam, że dzieło życia znacznie lepiej tworzy się w spokoju, po kilka stron dziennie. Ba!, bez ciągłego poczucia, że na pewno będzie dziełem życia. Na ogół ten przejaw grafomanii nie jest wcale groźny, jedynie wyczerpujący. Potem wszystko trafia do szuflady, gdzie czeka, aż autor wyłuska z tego coś ciekawego. Kłopoty zaczynają się wraz z chwilą, gdy postanowi on swoje grafomańskie wytwory wydać.

Bo widzisz, czytelniku, z grafomanami jest jeden maleńki problem: najczęściej głęboko wierzą w to, że tworzą arcydzieło. Przemawia przez nich duch Szekspira lub gorzej – przewyższają go pod każdym względem. Nie mają świadomości, że tak naprawdę napisali książkę kiepską, mdłą, bez polotu i bez sensu. Każdą próbę krytyki odbierają jak atak na swoją osobę. Bardzo często cierpią na syndrom niezrozumianego geniusza, a gdy kolejne wydawnictwa odrzucają ich wątpliwej jakości dzieła, biorą się za tak zwany self-publishing. A teraz, nim wyruszymy dalej w tę podróż po literackim półświatku, chciałabym ci kogoś przedstawić.

Grafoman(ka) - case study

Swego czasu w odmętach bookmediów mogliśmy obserwować konflikt, który pokuszę się skomentować słowami: „pani Kasia vs. reszta świata”. Teraz, gdy zdaje się, że bitewny kurz nieco opadł, możemy przeanalizować choć część zachowań niesławnej Katarzyny Romanowskiej i zastanowić się – czy dotyczy jej zjawisko grafomanii? 

Najłatwiej będzie panią Kasię przedstawić jako autorkę książki His Obsession, wydanej przez Wydawnictwo Pióro Marzeń. Wspominam o nim nie bez przyczyny, bo wystarczy rozejrzeć się trochę po zakamarkach Internetu, by dowiedzieć się, że na chwilę obecną oficjalna strona wydawnictwa ma nam do zaoferowania dwa tytuły: pierwszy tom serii His Obsession oraz drugi (premiera planowana na 24 kwietnia) His Addiction. Choć nie ma to bezpośredniego związku ze sprawą, pozwolę sobie zauważyć, że w tym wypadku opis przedstawiony w zakładce „O nas” ma autentyczną szansę na wprowadzenie odbiorcy w błąd. Już jego wstęp mówi:

Witaj w świecie Wydawnictwa Pióro Marzeń – dynamicznego miejsca, które łączy pasję do literatury z różnorodnością gatunków! Jesteśmy twórcami wyjątkowych mrocznych romansów, jak His Obsession, które budzą emocje, a także żartobliwych romansów, thrillerów i komedii dla młodzieży. Nasza oferta obejmuje także książki językowe, wspierające naukę i rozwój czytelników

 Nie. Nie jesteście. Możecie co najwyżej oczekiwać, że ktoś wam takie propozycje książek nadeśle. Ale to tylko moje czepianie się słówek. Niemniej, jeżeli jest się „zrodzonym z miłości do słów”, należałoby chociaż przemyśleć używanie ich z większą rozwagą. Warto również zauważyć, że wydawnictwo należy do jedynej wydawanej w nim autorki. 

His Obsession wyszło 20 czerwca 2025 roku. Wcześniej Romanowska wybrała sobie kilka twórczyń z booktoka i innych zakamarków bookmediów, które miały książkę przedpremierowo zrecenzować. I wtedy właśnie rozpoczęło się piekło. Gdy jedna z recenzji nie przypadła autorce do gustu (chodziło w niej między innymi o sposoby, w jakie przedstawiono w His Obsession wątki związane z przemocą), w serwisie tiktok pojawił się stworzony przez nią materiał o „pseudorecenzjach”, w którym pomiędzy wierszami zasugerowała, że recenzentka nie do końca wie co robi, że nie ma po kolei w głowie. Takich historii było więcej. Romanowska coraz swobodniej posługiwała się terminami takimi jak „idiotka”, „gówniara” i kierowała je, oczywiście, wobec każdego, kto śmiał podważyć wartość jej dzieła. Nie potrafiła przyjąć krytyki, tłumaczyła (jak dzieciom) wszystko to, co dla czytelników było fabularnie niezrozumiałe i niepotrzebne. Ostatecznie oświadczyła, że do czytania literatury należy mieć konkretne wykształcenie. Literatura nie jest dla idiotów! Po pewnym czasie przyznała, że recenzentom daje wytyczne, czego NIE WOLNO im zapisywać w recenzjach. No i rozpoczęła działalność „moralizatorską”, opartą w dużej mierze na straszeniu innych sądem i „dawaniu nauczek”, cokolwiek to znaczy. Później na tiktoku pojawiło się kilka nowych kont, które szybko połączono z Romanowską, a które wulgarnie i bardzo silnie jej broniły. Rozesłano też w jej imieniu kilka maili do recenzentów – i znów zaczęła ludziom grozić, oskarżać, że się pod nią podszywają. Od tej kobiety, prowadzącej szkołę językową i po studiach pedagogicznych, oberwało także kilka nastolatek.

Ta kompletna nieumiejętność pogodzenia się z krytyką i przekonanie o własnym geniuszu klasyfikuje ją w mojej ocenie jako grafomankę. Nie jestem na tyle odważna (a być może moje wykształcenie nie sięga poziomu, którego pani Kasia sobie życzy), by po His Obsession sięgać, niemniej recenzje i oceny w serwisach takich jak Goodreads czy Lubimy Czytać nie zachęcają. Mówi się o nielogicznej fabule, „martwych dialogach”, płaskich bohaterach, niepoprawnym przedstawieniu przemocy. Potencjalnie niska jakość w zestawieniu z przeświadczeniem o swojej nieomylności i brakiem świadomości popełnianych błędów również nie stawia jej w korzystnym świetle. O tym jednak porozmawiamy w kolejnym wątku. Teraz musimy dodać coś jeszcze: Katarzyna Romanowska jest osobą szalenie szkodliwą. Z tym niestety dyskutować nie można. Krzywdzi nie tylko własny wizerunek, ale również wszystkie osoby czytelnicze, wchodzące z nią w jakąkolwiek interakcję. Cierpi na tym społeczność związana z literaturą, ale i cała opinia publiczna. 

W pewnym momencie zaczęła prowadzić live’y, relacje na żywo, w których wiele na swój temat perorowała, ale na tym nie kończyła wcale dyskusji, wręcz przeciwnie. Najważniejszy zarzut, na jaki sobie bardzo solidnie zapracowała, to kompletna ignorancja, tym bardziej niebezpieczna, że dotycząca tematu krzywdzącego i naprawdę poważnego: przemocy seksualnej. Oskarżała tych, którzy opowiedzieli o swoich własnych doświadczeniach, o kłamstwo na temat wykorzystania. W swojej książce traktowała gwałt zupełnie jak romantyczną scenę związaną z głębokim uczuciem. 

Grafomanka? Bez wątpienia. Ale przy tym grafomanka, która zasługuje na kompletny społeczny ostracyzm. 

Naturalnie takich prymitywnych zachowań z jej strony jest więcej, a należy do nich choćby czysta hipokryzja. Bo choć zostało jasno powiedziane, że stworzona przez Romanowską książka powinna trafiać do osób mądrych, nie idiotów, nie przeszkodziło to wcale w perswadowaniu czytelnikom… przewrażliwienia. Teraz, gdy już zbyt wiele o niej powiedziano, by prozy dało się jeszcze bronić, zarzucając innym brak intelektu, obrano inną, zupełnie odmienną strategię. Cóż, mówi się, że to książka pisana dla rozrywki. 

Czasem, czytelniku, gdy sprzeciwisz się czemuś, co reszta ludzi zdaje się omijać szerokim łukiem, ktoś powie ci sakramentalne: it’s not that deep. To nie jest aż tak głębokie. Ważne, by się pod naporem takiej narracji nie ugiąć. It is. It IS that deep. 

Grafomania na polu tekstowym 

Grafomańskimi nazwiemy takie utwory, których wartość artystyczna jest znikoma. Często mają w sobie mnóstwo przesady, sentymentalizmu, mało odkrywczych tropów i figur retorycznych. Jeżeli uwierzymy recenzjom – proza Katarzyny Romanowskiej do takich się zalicza. Zostawmy jednak panią Kasię w świętym spokoju, bo o niej, jej sposobie wypowiedzi i materiałach promocyjnych generowanych przez sztuczną inteligencję, można by napisać pracę naukową. Albo antyporadnik promowania swojej książki w social mediach. Albo istnienia wśród ludzi. 

Skupmy się na czymś innym, bo nie każda książka, która nie ma wartości artystycznej, musi być grafomanią. Istnieje jeszcze kicz; tak nazwiemy wszystko to, co klasyfikowałoby się do pierwszej kategorii, gdyby nie to, że autor kiczu jest w pełni świadomy jakości swojej literatury. Często zresztą bywa nim pisarz szeroko znany, rozpoznawalny, świetny – po prostu przyjmuje pseudonim i tworzy powieści niższych lotów niż na ogół, często po prostu w celach zarobkowych. Grafoman, na własną zgubę, będzie próbował rozpromować swoje nazwisko. Bo też czego miałby się wstydzić? Przecież stworzył arcydzieło. 

Tu, drogi czytelniku, pozwolę sobie postawić kropkę. Idź w świat i obserwuj literacką głuszę bardzo uważnie. Kto wie, kiedy przyjdzie ci się zmierzyć z grafomanem.

Źródła i inspiracje