
Jesień z dreszczykiem. Co warto obejrzeć w oczekiwaniu na Halloween?
Jesień z dreszczykiem.
Co warto obejrzeć w oczekiwaniu na Halloween?
Polskie jesieniary i jesieniarze wyczekują pierwszych kolorowych liści na chodniku zwykle od chwili, w której w marketach pojawiają się dekoracje na Boże Narodzenie, a żółć, pomarańcz i czerwień zaczynają blaknąć. Wielu miłośników złotej pory roku wyczekuje jej przez tęsknotę za korzenną kawą, deszczem za oknem, ciepłym kocem i… filmami grozy. W końcu czym byłaby jesień bez Halloween?
Fenomen spooky season
Entuzjaści wydrążonych dyni, białych prześcieradeł i wszystkiego tego, czego po zmroku nie chcielibyśmy spotkać, nie próżnują, umilając sobie oczekiwanie na Halloween, jak tylko mogą. W mediach społecznościowych ów okres wyczekiwania przypada zwykle na cały wrzesień i październik (tak, straszne dekoracje należy wyciągnąć już w dzień zarezerwowany na powrót do szkoły!), a ci bardziej zniecierpliwieni nie próżnują i wieczory z horrorami organizują już latem (o Summerween pisała niedawno nasza droga współzaparzona A. Kliks).
Na TikToku i Instagramie można znaleźć mnóstwo przepisów na najlepsze babeczki ze strasznymi minkami i koktajle alkoholowe z żelatynowymi gałkami ocznymi. Oczywiście powinny pływać w Krwawej Mary i stać obok miski z chrupkami-duszkami. Wieczory z takimi przysmakami nie byłyby jednak kompletne bez dobrze skomponowanej listy filmów, które część fanów kina grozy będzie oglądać przez palce. Machinę tę napędzają zdjęcia i nagrania udostępniane przez internautów, lecz święto było popularne jeszcze przed globalną cyfryzacją społeczeństwa. W Polsce zwyczaj chodzenia od domu do domu w Halloween pojawił się już w latach 90. XX wieku, a wcześniej święto było hucznie obchodzone w krajach anglosaskich. Dokładna geneza obrzędów związanych z Halloween nie jest zresztą znana.
Nie jestem, rzecz jasna, wolny od wpływów trendów i – korzystając z tego, że jesień od zawsze była moją ulubioną porą roku – z radością dzielę się co roku moimi ulubionymi filmami na ponure wieczory, na fali ogólnego podekscytowania tym okresem. Sądzę, że seria seansów nie będzie kompletna bez połączenia nowości z klasyką, więc postaram się pogodzić interesy tych, którzy są na bakier z premierami z ostatnich lat (lub częścią z nich) oraz tych, którzy nie mieli jeszcze okazji docenić filmów ojców kina grozy, takich jak David Lynch czy David Cronenberg.
Gabinet doktora Caligari (1920)
Niemiecki (niemy!) horror ekspresjonistyczny w reżyserii Roberta Wiene, niezmiennie opisywany jako jeden z najważniejszych filmów dla znawców kina i literatury grozy. Historia tajemniczego doktora Caligariego i lunatyka Cesare’a jest świetnym przykładem tego, jak scenografia i obraz mogą budować atmosferę niepokoju. Było to moje pierwsze spotkanie z niemym kinem i zachęciło mnie do sięgnięcia po więcej; gdyby nie to, pewnie zwlekałbym jeszcze długo z obejrzeniem Nosferatu z 1922 roku. Krzywe ściany, ostre kąty i perspektywa, która we współczesnym kinie już chyba się nie pojawia, budują dziwny, lecz wciągający klimat. Na pewno będzie odskocznią od tego, do czego przyzwyczaiły nas popularne w ostatnich latach horrory.
Nosferatu – symfonia grozy (1922) i Nosferatu (2024)
Pierwszy film o wampirze Nosferatu był niemiecką produkcją w reżyserii Friedricha Wilhelma Murnaua. Dla osób, które nie miały wcześniej doświadczenia z niemym kinem, może okazać się ciekawą pozycją. Inspiracją było oczywiście dzieło Brama Stokera, Dracula. Atutem jest to, że łatwo znaleźć go w internecie, ponieważ należy już do domeny publicznej. Osobiście uważam, że tego samego wieczoru warto obejrzeć remake z 2024 roku, który podejmuje próbę opowiedzenia historii Nosferatu na nowo, z nieco innej perspektywy, choć zainteresowanym takim posiedzeniem pozostawię ocenę tego, co urzeka ich w filmie najbardziej i który wątek bądź motyw nie pozwolił im o sobie zapomnieć na dłużej.
Dziecko Rosemary (1968)
Film Romana Polańskiego, będący ekranizacją powieści Iry Levina o tym samym tytule. Kolejna klasyczna produkcja, która wykorzystuje motyw opętania. Rosemary i jej mąż przeprowadzają się do starego nowojorskiego apartamentowca, gdzie szybko poznają ekscentrycznych sąsiadów. Z czasem Rosemary zaczyna podejrzewać, że ich zainteresowanie jej życiem nie jest przypadkowe. Produkcja często opisywana jest jako jeden z pierwszych body horrorów wykorzystujących kobiece ciało i ciążę jako źródło niepokoju i obrzydzenia. Może to być warty uwagi trop w analizie współczesnego body horroru, często opisującego doświadczenie kobiece, któremu niegdyś nie poświęcano zbyt wiele uwagi, gdyż w centrum kina grozy zwykle znajdowali się mężczyźni. Film świetnie buduje napięcie, dzięki czemu widz – podobnie jak główna bohaterka – długo nie może być pewien, komu właściwie powinien ufać.
Głowa do wycierania (1977)
Amerykański film w reżyserii Davida Lyncha, uważanego za jednego z ojców współczesnego horroru. Głowę do wycierania odkryłem dzięki mojemu serdecznemu znajomemu, który zaproponował ją początkowo jako coś, co moglibyśmy obejrzeć tak „dla odmiany”, zamiast kolejnego horroru Cronenberga. Jest to tak surrealistyczna i nietuzinkowa produkcja, że próba jej opisania w żaden sposób nie będzie w stanie zastąpić żywego doświadczenia, więc powstrzymam się od opisów i powiem tylko tyle: przygotujcie się na bardzo dziwne 89 minut swojego życia, bo warto.
Opętanie (1981)
Francusko-niemiecki horror w reżyserii Andrzeja Żuławskiego, w którym – jak sama nazwa wskazuje – mamy do czynienia z opętaniem głównej bohaterki przez tajemniczą, demoniczną siłę. Akcję pcha do przodu rozpadające się przez zdradę małżeństwo Marka i Anny. Mark, próbując nakryć żonę na schadzkach z innymi mężczyznami, odkrywa jej brudny sekret, a intymny akt, na którym przyłapuje małżonkę, przekracza jego najśmielsze wyobrażenia.
Little Shop of Horrors (1986)
Amerykański musical łączący horror z komedią w reżyserii Franka Oza, znanego wielu (choć może nawet o tym nie wiedzą) z użyczenia głosu mistrzowi Yodzie z Gwiezdnych wojen. Odkryłem tę produkcję w tym roku, podczas jednego z filmowych wieczorów, które w czasie wakacji urządzałem ze znajomymi, żeby bliżej zapoznać się ze starym, dobrym kinem grozy. Muszę przyznać, że dawno się tak dobrze nie bawiłem i Little Shop of Horrors uważam za swoje największe filmowe odkrycie 2026 roku. Film jest pełen absurdalnych scen i genialnych piosenek, które dopełnia przejaskrawiona gra aktorska wszystkich postaci. Gwiazdą jest oczywiście mięsożerna roślina, przez którą główny bohater, Seymour, wpada w coraz to większe tarapaty. Nawet ci, którzy filmu i musicalu nie znają, mogli spotkać już tego krwiożerczego kwiatuszka, jeśli tylko choć raz grali w serię The Sims, bo Krowokwiat wystąpił pojawił się w niej po raz pierwszy w 2005 roku wraz z dodatkiem Na studiach i bez dwóch zdań inspiracją dla tego roślinnego towarzysza była Audrey II (tak właśnie nazywa się filmowa roślina).
Mucha (1986)
Horror science fiction, oparty na powieści George’a Langelaana o tym samym tytule. Jest to remake filmu z 1958 roku. Za nowszą produkcję odpowiedzialny jest David Cronenberg, za starszą – Kurt Neumann.
Film opowiada o perypetiach Setha Brundle’a, naukowca próbującego wynaleźć maszynę do teleportacji. Okazuje się, że wyszło mu to całkiem nieźle, gdyż po kilku próbach udało mu się teleportować zwierzęta. Pierwsze podejścia skończyły się jednak dość drastycznie, więc osoby wrażliwe na los zwierząt powinny zasłonić swoim czworonożnym przyjaciołom oczy, jeśli oglądają film w ich towarzystwie. Pewnego razu postanowił jednak spróbować przetestować maszynę na sobie. Szkopuł w tym, że był pod wpływem i nie spostrzegł, że do maszyny dostała się mucha, którą komputer odpowiedzialny za proces teleportacji postanowił połączyć na poziomie molekularno-genetycznym z Sethem. Nie kończy się to dla mężczyzny dobrze, gdyż z dnia na dzień staje się człowiekiem-muchą, a przemiana w owada okazuje się dość makabryczna.
Substancja (2024)
W końcu przechodzimy do czegoś nowszego. Sądzę, że niewielu ominęło boom na film wyreżyserowany przez Coralie Fargeat, ale jeśli ktoś już go widział, to nie zaszkodzi obejrzeć go drugi raz, a jeśli ktoś nie załapał się na wypad do kina, to warto dać mu szansę. Jest to body horror, który w fenomenalny sposób łączy komedię z tragedią i horrorem, bawiąc się absurdem i groteską. Jednocześnie sięga po elementy znane już z klasycznych horrorów Davida Cronenberga, czyli eksperymenty biologiczno-medyczne czy motyw przemiany, transformacji, deformacji. Opowiada o wysokich oczekiwaniach wobec kobiet i tym, jak podchodzimy do wszelkich oznak starzenia się. Elisabeth Sparkle, główna bohaterka, w dniu swoich 50. urodzin zostaje zwolniona z pracy, gdyż jako gwiazda Hollywood traktowana jest wyłącznie jako produkt, a ze względu na swój wiek zostaje zaklasyfikowana jako „zużyta” marketingowo. Postanawia powołać do życia swojego młodszego sobowtóra, Sue, za pomocą tajemniczego specyfiku. Podwójne życie, które próbuje wieść, okazuje się jednak niemożliwe do utrzymania, a „nowa ona” – nie do kontrolowania. Co gorsza, skutki przyjmowania substancji są znacznie poważniejsze, niż się spodziewała, lecz proces jest już nieodwracalny, gdy orientuje się, iż popełniła błąd.
Brzydka siostra (2025)
Brzydka siostra jest satyryczną, norweską czarną komedią, której kluczowym elementem jest body horror. Film jest debiutem Emilie Blichfeldt i gdybym o tym nie przeczytał w jednej z recenzji, na którą trafiłem po wizycie w kinie, to w życiu bym się tego nie domyślił. Mamy tutaj do czynienia z mrocznym retellingiem historii Kopciuszka, w którym prym wiedzie jej przyrodnia siostra, Elvira. Wielu krytyków opisuje go jako feministyczne spojrzenie na współczesne kanony piękna i wygórowane oczekiwania, jakie społeczeństwo oraz media społecznościowe stawiają kobietom, ukazując, do czego może doprowadzić zatracenie własnego „ja” na rzecz aprobaty innych. Urzekło mnie połączenie kiczu i groteski, przez które raz dziękowałem sobie za przyjście do kina z pustym żołądkiem, a innym razem – powstrzymywałem śmiech, żeby nie przeszkadzać innym oglądającym. Fragmenty wzbudzające obrzydzenie nie są przesadzone, a nadmierne szokowanie przemocą czy odpychającymi scenami uważam często za wadę kina grozy. Tutaj na szczęście są one dobrze wyważone i uwypuklają przekaz, który, jak przynajmniej sądzę, osoby odpowiedzialne za ten film starały się pokazać. Choć tematycznie jest nieco podobny do Substancji, próbuje zmierzyć się z problemem, który przedstawia na swój własny sposób i moim zdaniem robi to dobrze. W żadnym wypadku nie nazwałbym go czymś, co powstało na fali jego starszej o rok siostry.
Obsesja (2025)
Amerykański horror w reżyserii Curry’ego Barkera, który bierze na warsztat motyw nieodwzajemnionej miłości. Bear, nieśmiały chłopak zakochany w swojej przyjaciółce Nikki, postanawia zażyczyć sobie, aby dziewczyna odwzajemniła jego uczucia. Wypowiada więc życzenie, które – i w tym cały problem – rzeczywiście się spełnia. Sprawczynią całego zamieszania jest niepozornie wyglądająca gałązka, nazywana w filmie One Wish Willow. No właśnie – czy aby na pewno problemem jest tajemniczy rekwizyt, a nie samo życzenie, którego konsekwencje okazują się cięższe, niż Bear mógłby przypuszczać?
Obsesja prędko przeradza się w historię o tym, że nasze pragnienia mogą pchać nas do podejmowania decyzji, które zaspokajają nasze egoistyczne zachcianki, jednocześnie okazując się dla innych prawdziwym piekłem. Film pozostawia przy tym interesujące pytanie o to, kto właściwie jest ofiarą, a kto oprawcą nadużywającym mocy gałązki. Nic więc dziwnego, że po premierze w internecie rozgorzała dyskusja na temat odpowiedzialności bohaterów, dodatkowo zestawiana z popularnym wówczas trendem Man or bear?.
Trend ten, mający swoje korzenie na TikToku, polegał na publikowaniu przez kobiety nagrań, w których opowiadały o doświadczeniach przemocy ze strony mężczyzn. Punktem wyjścia była hipotetyczna sytuacja, w której kobieta miałaby znaleźć się sama w lesie z obcym mężczyzną albo niedźwiedziem. Wiele uczestniczek deklarowało, że wybrałoby niedźwiedzia, uznając jego zachowanie za bardziej przewidywalne i niezwiązane z intencjonalnym okrucieństwem. W kontekście Obsesji zestawienie to nabiera dodatkowego znaczenia, ponieważ film również prowokuje do zastanowienia się nad granicą między pragnieniem drugiej osoby a próbą odebrania jej prawa do własnych uczuć i decyzji.
Słowo na koniec
I tak oto mamy całkiem pokaźną listę seansów na jesienne wieczory – od niemego kina i ekspresjonistycznych koszmarów, przez klasykę Polańskiego, Lyncha czy Cronenberga, aż po współczesne (body) horrory. Jest tu trochę wampirów, trochę demonów, a nawet jedna bardzo dziwna i charyzmatyczna roślina.
Nie wszystkie z tych filmów są straszne w tym samym sensie. Jedne mają przestraszyć, inne obrzydzić, jeszcze inne rozbawić albo po prostu sprawić, że po seansie przez chwilę będziemy zastanawiać się, co właściwie przed chwilą obejrzeliśmy. I chyba właśnie to lubię w kinie grozy najbardziej – że pod jednym gatunkowym parasolem może zmieścić się tak wiele zupełnie różnych historii.
Tak więc zaparzcie herbatę, pumpkin spice latte lub inny rozgrzewający napój, zawińcie się w koc i wybierzcie coś z listy, która – mam nadzieję – choć trochę umili Wam wieczory lub zapozna Was z filmem, któremu jeszcze nie daliście szansy. Bojaźliwym polecam zaprosić kota lub psa na kolana.
A jeśli po którymś seansie zaczniecie słyszeć dziwne odgłosy w drugim pokoju… cóż, zawsze można uznać, że to sąsiad. Przynajmniej dopóki nie sprawdzicie.