Powrót
Jesteś jesieniarą, czy po prostu dałaś się schwytać komercjalizacji?

Jesteś jesieniarą, czy po prostu dałaś się schwytać komercjalizacji?

Niedawno rozpoczęła się kalendarzowa jesień, warto więc zatrzymać się na chwilę i zastanowić, jak przeżywamy ją we współczesnym świecie. Czy nasz deszczowy wypoczynek na pewno jest zwykłym odpoczynkiem, czy może kryje się za nim coś więcej?

Marta Regiewicz
Autorka tekstu
Marta Regiewicz
Emilia Kwiatkowska
Korektorka
Emilia Kwiatkowska
Wiktoria Hyla
Autorka grafik
Wiktoria Hyla
8 października 2026

Jesteś jesieniarą, czy po prostu dałaś się schwytać komercjalizacji?

Oto nadeszła ta pora: liście zaczynają zmieniać kolory na odcienie złota i ciepłej czerwieni, zachód słońca przychodzi szybciej niż później, wieczorny wiatr przynosi pierwszy mróz odczuwalny na dłoniach podczas ostatniego codziennego spaceru z psem. Tak łatwo zawinąć się w kokon z koca, zaparzyć tę herbatę, na którą jeszcze tak niedawno było za ciepło. Przyroda daje sobie upust – więc i nam łatwiej jest zwolnić po intensywności letnich atrakcji i niedawnego jeszcze słonecznego skwaru. Tak łatwo nam jest romantyzować jesień.

Gdy myślę o jesieni, lubię wracać wspomnieniami do dzieciństwa: do wycinania już trochę tępymi nożyczkami liści z papieru, które to trafią potem na okna i drzwi; do kaloszy czekających na przygodę w lesie, do tworzenia jeży z masy solnej i ludzików z kasztanów, do wąsów z kakao zdobiących wargę do momentu wieczornej kąpieli. Tak łatwo nam romantyzować jesień, kiedy w dzieciństwie mieliśmy tak dużo zabaw i „obrzędów” z nią związanych. 

Jako dorośli szukamy tej utraconej już magii, a jak wiadomo popyt tworzy podaż. Pojawia się jednak pewien problem i myślę, że jest przez wielu zauważany – komercja wyprzedza przyrodę i wpycha nam jesień już od lipca. Widzimy ją w sklepach na sezonowych wystawach, Które wypełnione są pluszowymi muchomorami, figurkami jeży i wiewiórek czy specjalną zastawą kuchenną ozdobioną w kolorowe liście lub dynie. Już teraz, kupuj! Poluj! Bo do października wszystko będzie wykupione! A ty, spóźniony, będziesz smutno szukać koca w sarenkę za sto złotych na Vinted, mimo że wcześniej w Action kosztował trzydzieści złotych. No cóż, rynek rządzi się swoimi prawami.  

Potrzeba celebracji pór roku jest naturalna dla naszej kultury, nie trzeba wcale daleko szukać – pewnie każdy z nas zna dożynki. Dawniej były one związane przede wszystkim z rytmem pracy na roli. Po zakończeniu żniw przychodził czas na podziękowanie za zbiory, wspólną zabawę i symboliczne zamknięcie jednego etapu roku. Dożynki nie były więc dekoracją dodaną do jesieni, ale wynikały bezpośrednio z życia ludzi i ich zależności od przyrody. Miały swój konkretny powód, czas i znaczenie. Dzisiaj większość z nas nie musi już czekać na koniec żniw, żeby poczuć, że zmienia się pora roku. Nie musimy też szczególnie przejmować się tym, czy zima przyjdzie wcześniej i czy lato będzie wyjątkowo suche. Wystarczy wejść do sklepu. Tam jesień pojawi się niezależnie od tego, czy za oknem mamy jeszcze trzydzieści stopni. Dynia nie musi dojrzeć, żeby stać się motywem na kubku. Liść nie musi spaść z drzewa, żeby mógł zostać nadrukowany na kocu. Nawet zapach jesiennego lasu można dziś zamknąć w świecy i sprzedać nam jako mały „słoiczek atmosfery”. I chyba właśnie tutaj zaczyna się coś, co jest dla mnie w tej całej jesiennej gorączce najbardziej interesujące. Nie chodzi przecież o to, że kupienie kubka z dynią jest czymś złym. Sama mam słabość do rzeczy, które sprawiają, że zwyczajny wieczór wydaje się odrobinę przyjemniejszy. Problem pojawia się wtedy, kiedy zaczynamy mieć wrażenie, że bez tych rzeczy nie potrafimy już przeżywać określonej pory roku. Jakby jesień wymagała odpowiedniego wyposażenia. Potrzebujemy więc koca – najlepiej grubego. Kubka – najlepiej z dynią. Świeczki o zapachu cynamonu. Swetra w kolorze rdzawym, choć jeszcze w sierpniu nie wiedzieliśmy, że rdzawy będzie nam potrzebny. Dyniowej kawy, jesiennej playlisty, jesiennego filmu, jesiennego spaceru i oczywiście zdjęcia tego wszystkiego. Jesień przestaje być czymś, co po prostu się wydarza, a zaczyna przypominać projekt, który należy odpowiednio zrealizować.

I tutaj, trochę przewrotnie, można przypomnieć sobie Michela Foucaulta i jego Nadzorować i karać. Foucault opisywał mechanizmy nowoczesnej władzy dyscyplinarnej, zwracając uwagę między innymi na obserwację, normowanie i na to, że człowiek może zacząć sam kontrolować swoje zachowanie, ponieważ uwewnętrznia określone normy. Jednym z ważnych pojęć jego analizy jest „normalizacja” – tworzenie standardów, wobec których można oceniać zachowanie jednostki. Nie chcę oczywiście twierdzić, że Foucault przewidział jesienne kubki z Pepco ani że kupowanie świeczek jest formą panoptycznego nadzoru. To byłoby już chyba trochę za dużo, nawet jak na mnie. Ale jego sposób myślenia pozwala z innej perspektywy spojrzeć na to, jak łatwo normy mogą zostać przez nas przyjęte jako coś oczywistego. Skoro wszędzie widzimy obrazy „idealnej jesieni”, zaczynamy „wiedzieć”, jak powinna wyglądać. A skoro wiemy, jak powinna wyglądać, możemy też sprawdzić, czy nasza wygląda wystarczająco dobrze. Może właśnie dlatego tak łatwo wpaść w pułapkę jesiennego perfekcjonizmu. Zamiast po prostu wyjść na spacer, zastanawiamy się, czy mamy odpowiedni sweter. Zamiast zwyczajnie wypić herbatę, potrzebujemy do niej odpowiedniego kubka. Zamiast pozwolić sobie na zwykły, deszczowy wieczór, próbujemy zrobić z niego cozy evening. Nawet odpoczynek zaczyna mieć instrukcję obsługi. A przecież jesień sama w sobie jest dość niedoskonała. Liście gniją na chodnikach. Buty przemakają. Pies wraca ze spaceru z błotem na łapach, a czasem również na wszystkim, co znajduje się w promieniu dwóch metrów od niego. Nie każdy zachód słońca jest pomarańczowy i spektakularny. Czasami jest po prostu szaro. Czasami pada przez trzy dni. Czasami człowiek siedzi pod kocem nie dlatego, że celebruje hygge, tylko dlatego, że nie ma ochoty wychodzić z domu.

I może właśnie w tym jest coś, co warto jesienią odzyskać – możliwość przeżywania jej bez konieczności robienia z niej produktu. Bo przecież sezonowość sama w sobie nie jest niczym nowym. Od zawsze potrzebowaliśmy rytuałów, które porządkują czas. Dawne obrzędy związane z porami roku miały swoje miejsce w konkretnym rytmie pracy i życia. Dożynki były świętem końca żniw, a więc czymś, co wynikało z doświadczenia konkretnej społeczności i jej zależności od uprawianej ziemi. Dzisiaj tę potrzebę nadal mamy, tylko coraz częściej realizujemy ją poprzez konsumpcję.

I chyba właśnie dlatego tak dobrze sprzedaje się nostalgia...

Kupujemy przedmioty, które mają przypomnieć nam dzieciństwo. Pluszowego grzybka, bo kiedyś zbierało się grzyby z rodzicami. Kubek z jeżem, bo kiedyś jeże robiło się z kasztanów. Koc w liście, bo kiedyś jesienny wieczór oznaczał bajkę, kakao i siedzenie pod kocem. Nie kupujemy przecież samego przedmiotu, kupujemy obietnicę określonego uczucia (czy też odczucia). Badania nad sezonowymi dobrami pokazują zresztą, że ich sprzedaż jest związana nie tylko z ceną, ale również z ograniczonym czasem dostępności i ryzykiem, że produktu później już nie będzie. W przypadku dóbr sezonowych wcześniejszy zakup daje pewność dostępności, a późniejsze czekanie może oznaczać niższą cenę, ale również brak produktu. Tylko że przez to zaczynamy konsumować czas podobnie jak konsumujemy przedmioty. Jesień trzeba wykorzystać. Trzeba zdążyć zrobić zdjęcia w liściach, upiec ciasto dyniowe, obejrzeć jesienne filmy, kupić sweter, wypić pumpkin spice latte i oczywiście poczuć nostalgię. Najlepiej zanim w listopadzie, czy też (o zgrozo) już w październiku sklepy przypomną nam, że jesień już się skończyła i najwyższa pora zacząć przygotowywać się do Bożego Narodzenia.

I wtedy okazuje się, że nawet nostalgia ma swój termin przydatności.

Może więc w tym roku spróbujmy zrobić coś zupełnie nieproduktywnego. Nie kupować kolejnej rzeczy tylko dlatego, że ma liście. Nie robić zdjęcia każdej dyni. Nie martwić się, że nie mamy idealnego jesiennego wieczoru. Wyjść na spacer, kiedy jest zimno. Zostać w domu, kiedy pada. Zrobić herbatę w zwykłym kubku. Zjeść coś, co nie jest dyniowe. Pozwolić psu wytarzać się w liściach, a potem zastanawiać się przez pięć minut, dlaczego właściwie na to pozwoliliśmy. Bo może najbardziej jesiennym rytuałem, jaki możemy sobie dzisiaj podarować, jest właśnie brak rytuału.

Nie potrzebujemy przecież kupować jesieni, żeby ją przeżyć. Wystarczy poczekać, aż sama przyjdzie.