
„Koronka do ojcowskiego miłosierdzia” – Martyna Gawin
Koronka do ojcowskiego miłosierdzia
Nic o mnie nie wiesz, a to Ty wybrałeś mi imię.
Niczego nie chcesz, choć pragnąłeś, bym była.
Żadne z nas już się nie uśmiecha, choć nadal tak samo marszczymy czoła…
Żyjesz gdzieś, z kimś – kogo nie chcę znać;
Jesteś – a przecież Cię nie ma.
Czasem, (gdy na krótką chwilę) znów staje się głupia, naiwna –
Wtedy myślę, że wciąż bardzo Cię potrzebuję,
Chcę – raz jeszcze – poczuć się dzieckiem.
Nieperfekcyjnie, beztrosko, nie na serio – socjometrycznie.
A potem, przypominam sobie: szarą walizkę, nieskładny wierszyk w białej ramce
I obrazek wyklejony plasteliną…
Jestem pewna – już nigdy więcej;
Nie chcę być tą dziewczynką, która zza kuchennej firany
Patrzy na przyszłość, o którą nie prosiła.
Nie rozmawiamy więc.
Nie dzwonimy, nie pytamy – bo po co?
Dziś doceniam ciszę, sama przybijam gwoździe i wymieniam zawiasy.
Jeśli trzeba posklejam też serca, których nie rozbiłam…
To tylko trochę niesprawiedliwe, że nikt nie poskleja mojego.
Ale nie martw się, nie będę się przypominać.
Wszystko ułożę sama.
Zapomniałam już, że mieszkamy w jednym mieście…
To oczywiste –
Umiesz tylko uparcie, po różewiczowsku, odchodzić.
To takie zabawne!
Ojciec ,,uchodzi” (z życiem), od śmierci wśród tego, co stworzył.
W imię Świętego Spokoju i (nie)zobowiązań –
Na zawsze. Wersja współczesna. Autor: ,,córka krowa”.