Powrót
„We mnie jest dwu ludzi: jeden zupełnie rozsądny, drugi wariat”. Lalka – Prus na wielkim ekranie

„We mnie jest dwu ludzi: jeden zupełnie rozsądny, drugi wariat”. Lalka – Prus na wielkim ekranie

„Lalka” Macieja Kawalskiego to ekranizacja, która nie próbuje udowadniać, że powieść Bolesława Prusa trzeba napisać na nowo. Zamiast tego bierze ją z szacunkiem – i otacza rozmachem, którego polskie kino dawno nie próbowało osiągnąć.

Adrianna Smug
Autorka tekstu
Adrianna Smug
Instagram
Feliks Nocoń
Korektor
Feliks Nocoń
Wiktoria Hyla
Autorka grafik
Wiktoria Hyla
6 października 2026

„We mnie jest dwu ludzi: jeden zupełnie rozsądny, drugi wariat”. Lalka – Prus na wielkim ekranie

Lalka Bolesława Prusa jest moją najukochańszą powieścią, więc to naturalne, że byłam w kinie na jej ekranizacji. Miałam w stosunku do niej bardzo duże oczekiwania, ale i obawy, ponieważ to nie jest historia, którą łatwo przenieść na ekran. Muszę jednak przyznać, że zostałam miło zaskoczona. Ten film nie próbuje udowadniać, że powieść Bolesława Prusa trzeba napisać na nowo.

Pochylmy się najpierw nad Warszawą. Stolica jest pokazana w piękny sposób, który robi wrażenie. Chociaż trzeba przyznać, że jest ona momentami zbyt współczesna. Nie tyle przez konkretne elementy scenografii, ile przez sposób, w jaki została pokazana. Szczegóły wybijały mnie z zagłębienia się w atmosferę Warszawy z czasów Prusa, jednak nie jest to dekoracja, na tle której aktorzy odgrywają szkolną lekturę. Miasto żyje: ma swoje salony, sklepy, ulice, biedę, przepych i społeczne podziały. Kamera zagląda zarówno do eleganckich wnętrz arystokracji, jak i w miejsca, w których wyraźniej widać ekonomiczne i społeczne różnice między bohaterami.

Kostiumy, scenografia, zdjęcia i muzyka budują świat, w którym można się naprawdę zanurzyć. Szczególnie dobrze działa muzyka towarzysząca najbardziej burzliwym emocjom Wokulskiego. Nie jest jedynie dopełnieniem wydarzeń lub dodatkowym elementem – pomaga wejść w jego stan psychiczny, podkreślając rozdźwięk między tym, co bohater próbuje kontrolować rozumem, a tym, nad czym całkowicie traci kontrolę. Film został stworzony jako widowisko i właśnie na dużym ekranie jego skala ma największy sens. Detale scenografii, tłum, ruch uliczny, wnętrza i szerokie kadry pozwalają docenić ogrom pracy włożonej w odtworzenie świata przedstawionego.

Kawalski nie zapomina, że Lalka nie jest jedynie powieścią o Warszawie. W centrum pozostaje Stanisław Wokulski – człowiek rozdarty pomiędzy romantycznym uczuciem a pozytywistycznym rozsądkiem. Marcin Dorociński gra go inaczej – i chyba najlepiej ze wszystkich dotychczasowych „Wokulskich” – niż można by się spodziewać po aktorze kojarzonym często z bohaterami silnymi, zdecydowanymi i wewnętrznie zdyscyplinowanymi. Jego Wokulski jest przede wszystkim człowiekiem zagubionym, ale jednocześnie niezwykle uprzejmym, ciepłym i uroczym. To bohater, którego łatwo polubić. Dorociński nie buduje go wyłącznie poprzez wielkie emocje. Przeciwnie – często najciekawsze są drobne gesty, spojrzenia i momenty zawahania. Wokulski sprawia wrażenie człowieka, który niemal bez przerwy próbuje zachować nad sobą kontrolę. Im bardziej jednak próbuje odnaleźć swoje miejsce w świecie arystokracji, tym mocniej widać, że tak naprawdę przegrywa z własnym uczuciem. To jedna z ciekawszych decyzji podjętych odnośnie filmu, choć niekoniecznie pozbawiona konsekwencji. Wokulski bywa chwilami niemal naiwnym romantykiem. Zamiast bezwzględnego przedsiębiorcy, który potrafi działać z niezwykłą determinacją, widzimy człowieka nieporadnego w świecie salonowych reguł – kogoś, kto potrafi znakomicie radzić sobie z pieniędzmi i interesami, ale kompletnie traci orientację, gdy w grę wchodzą uczucia. Ta sprzeczność jest zresztą jednym z najciekawszych elementów kreacji Dorocińskiego. Jego bohater potrafi być skuteczny, inteligentny i odważny, by chwilę później zachowywać się jak człowiek, który zupełnie nie rozumie sytuacji, w której się znalazł. Właśnie dlatego cytat „We mnie jest dwu ludzi: jeden zupełnie rozsądny, drugi wariat” tak dobrze opisuje filmowego Wokulskiego. Dorociński odegrał bardzo trudną i skomplikowaną emocjonalne rolę. Wokulski Dorocińskiego nie jest pomnikowym bohaterem lektury. Jest człowiekiem, który podejmuje złe decyzje z powodów, które potrafimy zrozumieć. I właśnie dlatego jego klęska może boleć bardziej.

Podobnie potraktowana została Izabela Łęcka. Kamila Urzędowska tworzy postać bardziej kruchą i ludzką niż salonową, „lalkową” arystokratkę. W jej Izabeli łatwiej zobaczyć kobietę uwięzioną w świecie, który traktuje małżeństwo jako transakcję, niż próżną i cyniczną pannę z kart powieści. Aktorka nie gra jej jako jednoznacznie złej czy pozbawionej uczuć. Przeciwnie – pozwala dostrzec w niej zagubienie i ograniczenia wynikające z wychowania oraz pozycji społecznej. To interesująca reinterpretacja, która nadaje tej postaci złożoność, zmieniając jej wydźwięk względem oryginału. Jeśli Izabela staje się przede wszystkim ofiarą swojego środowiska, trudniej zrozumieć, dlaczego Wokulski aż tak bardzo ją idealizuje. Literacka Łęcka jest przecież również figurą pewnej pustki – kimś, kogo Wokulski próbuje wypełnić własnymi wyobrażeniami. Filmowa Izabela jest natomiast bardziej konkretna, bardziej ludzka i przez to mniej odpychająca. 

I właśnie tutaj ujawnia się największy problem filmu. Lalka momentami chce być dwoma filmami naraz. Pierwszy to lekka, dowcipna opowieść o salonowych intrygach, miłości, pieniądzach i społecznych gierkach. Drugi – poważna adaptacja wielkiej powieści o klasach społecznych, ambicji, samotności, konformizmie i klęsce marzeń. W pierwszej konwencji film często działa znakomicie. W drugiej zdarzają się momenty, w których konstrukcja bohaterów zaczyna się rozjeżdżać. Najlepiej widać to w scenach, które powinny mieć największy ciężar emocjonalny. Film potrafi zachwycić obrazem i aktorstwem, ale nie zawsze potrafi sprawić, by widz równie mocno przeżywał tragedię jego bohaterów. To szczególnie istotne w przypadku relacji Wokulskiego i Izabeli. Ich historia jest piękna wizualnie, lecz chwilami brakuje jej tej niepokojącej, obsesyjnej siły, która sprawia, że los Wokulskiego staje się naprawdę bolesny.

Paradoksalnie najmocniej emocjonalnie działają często postaci drugoplanowe. Agata Kulesza jako pani Meliton wnosi do filmu energię, humor i znakomite wyczucie dialogu. Nie jest jednak wyłącznie komediowym przerywnikiem. To również postać, która staje się swego rodzaju pośredniczką między Wokulskim a światem Łęckich. To właśnie dzięki niej bohater może zbliżyć się do Izabeli i wkroczyć w środowisko, do którego wcześniej nie miał dostępu. Kulesza świetnie wykorzystuje tę funkcję swojej bohaterki – jest jednocześnie zabawna, praktyczna, bezpośrednia i doskonale świadoma reguł rządzących warszawskim salonem.

Maria Dębska jako Wąsowska ma z kolei w sobie świeżość i pewność siebie, które sprawiają, że każda jej scena przyciąga uwagę. Jej bohaterka nie sprawia wrażenia kobiety całkowicie podporządkowanej konwenansom. Wąsowska rozumie zasady świata, w którym funkcjonuje, ale potrafi się nimi bawić, a nawet je naginać. Dzięki temu staje się przeciwwagą dla Izabeli – pokazuje, że kobieta z tej samej warstwy społecznej może mieć zupełnie inną świadomość własnej pozycji i możliwości. Krystyna Janda, Andrzej Seweryn, Maja Ostaszewska czy Marek Kondrat tworzą galerię postaci, które nie są jedynie ozdobą wielkiej produkcji. Każdy z tych aktorów wnosi do filmu własną energię i doświadczenie, dzięki czemu świat Lalki nabiera charakteru. To zresztą jeden z największych atutów całej obsady: nawet bohaterowie pojawiający się na ekranie na krótko nie sprawiają wrażenia przypadkowych. 

Szczególnie interesujący jest właśnie Rzecki grany przez Marka Kondrata. Jego obecność ma w sobie coś więcej niż tylko wartość sentymentalną. Aktor tworzy człowieka ciepłego, trochę bezbronnego i coraz bardziej niepasującego do zmieniającego się świata. Rzecki Kondrata jest człowiekiem, który pozostaje wierny dawnym ideałom, podczas gdy rzeczywistość wokół niego diametralnie się zmienia. Właśnie dlatego jego postać dobrze współgra z jednym z najważniejszych tematów powieści – doświadczeniem człowieka, który nagle orientuje się, że świat, w który wierzył, już właściwie nie istnieje. To jedna z tych kreacji, które zostają w pamięci po seansie. 

Na pochwałę zasługuje także poczucie humoru. Lalka nie traktuje Prusa jak pomnika. Kawalski wydobywa z powieści ironię, absurd salonowego życia i komizm ludzi rozpaczliwie próbujących zachować pozory. Arystokracja potrafi tu być jednocześnie śmieszna oraz żałosna – przywiązana do własnego statusu nawet wtedy, gdy ten status coraz wyraźniej opiera się wyłącznie na pozorach. Dzięki temu część historii, którą wielu widzów zna przede wszystkim ze szkolnych opracowań, odzyskuje lekkość. Nagle okazuje się, że Prus potrafił być nie tylko poważnym obserwatorem społeczeństwa, ale również bardzo przenikliwym satyrykiem. 

Film Kawalskiego przypomina, że klasyczna literatura nie musi oznaczać muzealnego kina. Można zachować ducha oryginału, a jednocześnie stworzyć widowisko atrakcyjne dla współczesnego widza. I chyba właśnie w tym tkwi największa wartość tej ekranizacji. Nie jest idealna, nie jest kopią powieści (w końcu brakuje kilku wątków – jak moich ukochanych studentów). Czasami zbyt mocno ufa pięknu obrazu, czasami gubi emocjonalną temperaturę, a niektóre współczesne reinterpretacje bohaterów komplikują logikę późniejszych wydarzeń. Ale jednocześnie jest to film wykonany z ogromną dbałością o szczegół, aktorską energią i wiarą w to, że polska klasyka zasługuje na wielkie kino.