
Między muzyką a obrazem. Czy okładka albumu jest dziełem sztuki?
Między muzyką a obrazem. Czy okładka albumu jest dziełem sztuki?
Czasami zastanawiam się, czy we współczesnej muzyce najpierw słyszymy album, czy najpierw go widzimy. Jeszcze zanim pojawi się pierwszy singiel, internet żyje fotografiami z sesji, tajemniczymi grafikami, zmienionymi zdjęciami profilowymi artystów i kolorami, które mają zwiastować nową „erę”. Muzyka zaczyna się dziś znacznie wcześniej niż pierwszy utwór. Zaczyna się od obrazu.
To sprawia, że coraz częściej myślę o okładkach płyt nie jako o dodatku do albumu, ale jako o samodzielnym dziele sztuki. Nie dlatego, że zawsze są piękne, ale dlatego, że potrafią opowiadać historię równie skutecznie jak teksty piosenek. Czasem wystarczy jedno zdjęcie albo jeden kolor, by stworzyć świat, z którym później utożsamią się miliony ludzi.
Najlepszym przykładem jest BRAT Charli XCX. Trudno uwierzyć, że okładka składająca się właściwie tylko z jaskrawozielonego tła i prostego napisu mogła wywołać tak ogromny kulturowy efekt. A jednak ten odcień zieleni przestał być zwykłym kolorem. Stał się symbolem całej estetyki. W mediach społecznościowych mówiło się o „brat green”, marki wykorzystywały podobną kolorystykę, internauci tworzyli memy i grafiki, a sam kolor zaczął funkcjonować jako skrót myślowy oznaczający pewien styl życia – buntowniczy, chaotyczny, pewny siebie. To fascynujące, że coś tak prostego mogło zbudować tak silną tożsamość.
To zresztą nie pierwszy raz, kiedy album wychodzi poza samą muzykę. Wystarczy przypomnieć The Dark Side of the Moon Pink Floyd. Trójkąt z rozszczepionym światłem zna nawet wiele osób, które nigdy nie słuchały całej płyty. Podobnie banan z debiutanckiego albumu The Velvet Underground zaprojektowany przez Andy’ego Warhola czy zdjęcie Abbey Road Beatlesów. Te okładki już dawno przestały być okładkami. Stały się ikonami kultury i projektowania graficznego.
Mam jednak wrażenie, że dziś poszliśmy o krok dalej. Nie tworzy się już jednej okładki. Tworzy się całą estetykę albumu. Widać to choćby u Billie Eilish, której każda era ma własną paletę kolorystyczną, sposób kadrowania zdjęć i charakterystyczną modę. Beyoncé przy okazji COWBOY CARTER zbudowała kompletny świat inspirowany estetyką amerykańskiego Zachodu, a Tyler, the Creator przy CHROMAKOPIA konsekwentnie wykorzystał surową, monochromatyczną stylistykę we wszystkich materiałach promocyjnych. Album nie kończy się dziś na okładce – obejmuje teledyski, scenografię koncertów, sesje zdjęciowe, media społecznościowe, a nawet sposób, w jaki artysta komunikuje się z fanami.
W tym wszystkim szczególnie interesuje mnie zjawisko wielu wersji tej samej płyty. Jeszcze kilka lat temu jedna okładka wydawała się czymś oczywistym. Dzisiaj album może mieć pięć, dziesięć albo nawet kilkanaście wariantów. Taylor Swift uczyniła z tego niemal znak rozpoznawczy swoich premier, podobnie wielu artystów K-popu, dla których różne wersje albumów są integralną częścią doświadczenia fana. Na pierwszy rzut oka wydaje się to wyłącznie zabiegiem marketingowym. Im więcej wersji, tym większa szansa, że kolekcjoner kupi wszystkie. Ale czy naprawdę tylko o to chodzi?
Może różne okładki są po prostu współczesnym odpowiednikiem serii obrazów. Claude Monet malował ten sam stóg siana o różnych porach dnia, Andy Warhol powielał ten sam motyw w innych kolorach, fotografowie od lat tworzą cykle przedstawiające ten sam temat z różnych perspektyw. Dlaczego więc album nie miałby mieć kilku wizualnych interpretacji? Być może problem polega na tym, że zbyt łatwo oddzielamy sztukę od produktu, chociaż we współczesnej kulturze te granice coraz częściej się zacierają.
Internet dodatkowo komplikuje tę relację. Estetyka albumu przestaje należeć wyłącznie do artysty. Fani tworzą własne interpretacje, memy, montaże i filmy. Zara Larsson wielokrotnie pokazywała, że potrafi wykorzystać internetowy humor i nawiązywać do viralowych trendów związanych z jej muzyką. To ciekawa zmiana – odbiorca nie tylko konsumuje estetykę albumu, ale zaczyna ją współtworzyć. W pewnym sensie dzieło nigdy nie jest skończone.
Nieprzypadkowo branża muzyczna od lat nagradza projektowanie albumów. Podczas gali Grammy istnieje kategoria Best Recording Package, w której oceniana jest nie muzyka, lecz projekt całego wydania – od okładki, przez fotografie, aż po sposób zaprojektowania fizycznego albumu. To pokazuje, że obraz nie jest traktowany jako dodatek, ale jako integralna część dzieła. Co ciekawe, często pamiętamy właśnie okładki, nawet jeśli nie pamiętamy wszystkich utworów z płyty. To one zostają w naszej pamięci jako symbole epoki.
Może więc pytanie nie brzmi:, czy okładki płyt są sztuką?. Bardziej interesuje mnie to, dlaczego wciąż próbujemy oddzielać sztukę od marketingu, skoro współczesna kultura praktycznie nie pozwala już postawić między nimi wyraźnej granicy. Dobry projekt graficzny potrafi sprzedać album, ale jednocześnie może wywoływać emocje, inspirować innych twórców i na trwałe zapisać się w historii kultury. Czy to nie jest właśnie jest jedna z definicji sztuki?
Patrząc na współczesne premiery muzyczne, mam wrażenie, że okładka przestała być opakowaniem. Stała się manifestem. Czasem jest nim jaskrawa zieleń Charli XCX, czasem charakterystyczna fotografia, a czasem cały wizualny świat, który rozciąga się od winyla po TikToka. Być może właśnie tak wygląda sztuka XXI wieku – nie zamknięta w ramie ani w muzeum, ale żyjąca w internecie, powielana, interpretowana i nieustannie tworzona na nowo przez miliony odbiorców.