Powrót
„Wciąż bardziej obcy” czy „Mniej obcy”? O filmie inspirowanym życiem Jana Borysewicza (Lady Pank)

„Wciąż bardziej obcy” czy „Mniej obcy”? O filmie inspirowanym życiem Jana Borysewicza (Lady Pank)

Polski rock jest ściśle związany z zespołem Lady Pank. Film „Mniej obcy” przybliża sylwetkę Jana Borysewicza, który jest liderem zespołu. Czy poprzez ten film można poznać muzyka?

Barbara Kuliga
Autorka tekstu
Barbara Kuliga
Instagram
Anna Majewska
Korektorka
Anna Majewska
Wiktoria Hyla
Autorka grafik
Wiktoria Hyla
22 października 2026

Wciąż bardziej obcy czy Mniej obcy? O filmie inspirowanym życiem Jana Borysewicza (Lady Pank)

Film Mniej obcy w reżyserii Kristoffera Rusa nie próbuje być laurką skierowaną do ikony polskiego rocka – Jana Borysewicza, czyli gitarzysty i lidera kultowego zespołu, jakim jest Lady Pank. Uważam, że jest to bezkompromisowa i porywająca opowieść o człowieku, który postanowił zagrać va banque ze swoim losem, przez co za niezależność i karierę zapłacił cenę najwyższą z możliwych.

Swój debiut (grając główną rolę) miał Mikołaj Bukrewicz. Jego Borysewicz nie jest tylko charyzmatycznym chłopakiem grającym na gitarze, aktor pokazał również człowieka pękniętego. To właśnie gitara staje się dla niego narzędziem do komunikacji z ludźmi, rzeczywistością, gdzie często zwykłe słowa nie są w stanie wyrazić jego emocji. Swoją drogą, wybór właśnie Mikołaja był strzałem w 10, ponieważ widać ogromne podobieństwo między nim a młodym Janem Bo. Myślę, że na tej roli nie skończy się jego kariera aktorska.

Tytuł filmu ma podwójne dno, ponieważ jest związany z utworem Lady Pank pt. Wciąż bardziej obcy. Opowiada on o niedopasowaniu do otaczającej rzeczywistości pomimo starań. Tak samo jest z postacią samego Jana Borysewicza, który od lat jest obecny na pierwszym planie, jako lider zespołu, uwielbiany przez tłumy, ale jednocześnie nadal pozostawał człowiekiem obcym dla świata i nierzadko dla samego siebie (taki wydźwięk wypływa z filmu). Równocześnie dowiadujemy się, jak ciężkie wydarzenia spotkały go na drodze życia, gdzie mowa jest m.in. o samobójstwie brata, chorobie matki czy trudnej relacji z ojcem.

Reżyser z niewyżytą wyrazistością i dbałością o szczegóły maluje zderzenie dwóch rzeczywistości: szarego, duszącego PRL-u oraz bezkresnego, wolnego świata muzyki, który dla młodego chłopaka z Wrocławia stał się jedynym tlenem. Sposób poprowadzenia fabuły oraz montaż sprawiają, że widz w pełni jest w stanie zaangażować się w opowiadana historię. Uważam, że cały sukces właśnie w tym tkwi, że reżyser pokazuje nam jednocześnie trudności tamtych czasów. 

Chociaż film pulsuje energią koncertów i rockiem lat 80., jego najjaśniejszym punktem pozostają wątki kameralne. Relacja Borysewicza z matką – jedyną osobą, która od początku wierzyła w nieokiełznaną wizję syna – stanowi emocjonalną kotwicę całej opowieści. To w tych cichych, intymnych momentach film zyskuje wymiar neoromantycznej tragedii o cenie, jaką płaci się za wielkość.

Obok buntu przeciw estradowym konwenansom i opresyjnej władzy, w tle pobrzmiewa jeszcze jeden, głębszy spór – gorzki, wewnętrzny monolog z Bogiem. Borysewicz jawi się tu jako buntownik tragiczny: człowiek, który wznosi się na wyżyny artystycznego geniuszu, by chwilę później dotknąć dna autodestrukcji. Cała ta relacja jest dosyć burzliwa i uważam, że film wiernie to pokazuje.

Muzyka dzieła nie pełni jedynie funkcji tła; to tkanka łączna całej narracji, rezonująca z każdym upadkiem i każdym powrotem do życia. Stanowi nierozerwalną część, ponieważ ciężko opowiadać historie o muzyku bez przytaczania jego twórczości. Myślę, że wybranie tych, a nie innych utworów była dobrą decyzją. Można się spodziewać piosenek takich, jak: Mniej niż zero, Kryzysowa narzeczona, Mała wojna, Marchewkowe pole, czy Wciąż bardziej obcy. Muzyka nie służy zatem wyłącznie przypomnieniu nieśmiertelnych przebojów. Przechodzi od zmyślnych aranżacji instrumentalnych, przez surowy garażowy rock, aż po potężne „stadionowe” hymny. Zmusza widza do wejścia w sam środek artystycznego procesu — ukazuje nie tylko zachwyt nad efektami końcowymi, ale przede wszystkim fizyczny i emocjonalny koszt, jaki płaci się za powołanie tych dźwięków do życia.

Mniej obcy to kino pulsujące rytmem serca i rykiem przesterowanej gitary. Nie szuka taniego usprawiedliwienia dla błędów swojego bohatera, lecz próbuje pojąć ich źródło. Zacierając granicę między dokumentalną prawdą a poetycką kreacją, twórcy dają widzowi obraz pełen pasji, bólu i ostatecznego odkupienia. Warto podkreślić, że jest to film inspirowany życiem Jana Borysewicza, a nie wierna biografia, chociaż uważam, że twórcy stanęli na wysokości zadania.

Po seansie nie pozostaje w nas jedynie nuta nostalgii za dawnymi przebojami, lecz cicha, refleksyjna prawda o tym, jak trudna bywa droga do stania się kimś „mniej obcym” dla ludzi, których kocha się najbardziej.