
Nie tylko „Bagnet”… – o paru wierszach Władysława Broniewskiego
„Kiedy przyjdą podpalić dom,
ten, w którym mieszkasz – Polskę,
kiedy rzucą przed siebie grom
kiedy runą żelaznym wojskiem
i pod drzwiami staną, i nocą
kolbami w drzwi załomocą -
ty, ze snu podnosząc skroń,
stań u drzwi.
Bagnet na broń! [...]”
Każdy chyba zna ten kultowy wiersz Władysława Broniewskiego, nawet całkiem możliwe jest, że to jedyny utwór poety kojarzony przez absolwenta szkoły średniej. Nic dziwnego – słowa angażują do czynu, kipią patriotyzmem i ukazują iście polskiego ducha walki – toteż tak chętnie był i jest (prawdopodobnie) w każdej szkole wybierany do recytowania, bądź odśpiewywania podczas apeli szkolnych poświęconych upamiętnieniu odzyskania przez Polskę niepodległości.
Łatwo więc klasyfikować nam Broniewskiego jako pisarza narodowego, patriotycznego, antypacyfistycznego, prawicowego wręcz – nie bez powodu zdarza się, że Bagnet… odśpiewywany jest podczas warszawskiego Marszu Niepodległości. Jeżeli jednak zajrzymy trochę głębiej w twórczość jak i biografię poety, możemy nie tyle doznać szoku, co po prostu porządnie się zdziwić.
„lewicowy radykał o sercu polskiego legionisty”
Broniewski okazuje się postacią niejednoznaczną, politycznie wręcz problematyczną. Alkoholik, komunista, patriota, ojciec w żałobie, legionista, niewierny mąż, więzień NKWD, pochlebca Stalina… Kolorowy ptak. Kiedy Bolesław Bierut poprosił go o napisanie nowego hymnu Polski, Broniewski stanowczo odmówił, twierdząc, że Mazurek Dąbrowskiego jest nietykalny. Sam o sobie mówił: „Byłem poetą, to nie wystarczy, / Byłem człowiekiem – to za wiele”.
Dzisiaj chciałabym pokazać Broniewskiego z dala od polityki, jego propagandowych komunistycznych wierszy czy patriotycznego ducha. Oto trzy wiersze, które szkicują nam autora Bagnetu… jako czułego modernistę-sentymentalistę.
Ja i księżyc – transformista
Księżyc szalony skoczył na chmurę,
usiadł okrakiem. krzywy jak 3.
Miasto stuokie patrzy do góry,
idzie ulica, idzie i drży.
Chodzę wieczorny, szumny, wiatrzany,
lecą ulice w lewo i wprost.
Księżyc w gwiaździste stado wmieszany,
złotą podkową dzwoni o most.
Pajac! – na dachu gra pantominy.
Nagle telerem do nóg mi spadł.
– Jakiś ty śmieszny, jaki dziecinny…
– Wszyscy my tacy: ja, ty i wiatr…
Powyższy krótki wiersz łatwo skojarzyć z Deszczem jesiennym Leopolda Staffa: instrumentacja głoskowa oraz piękny melodyjny rytm wraz z nocną, księżycową scenerią tworzą niepowtarzalny klimat, tak charakterystyczny dla impresjonizmu. Nie zatrzymywałabym się jednak na samym podobieństwie nastroju. Broniewski robi tutaj coś znacznie ciekawszego – bierze jeden z najbardziej wyświechtanych motywów poezji, czyli księżyc, i całkowicie pozbawia go podniosłości. Bo księżyc Broniewskiego nie jest romantycznym symbolem samotności, tajemnicy czy nieskończoności. Nie jest nawet szczególnie piękny. Jest „szalony”, „krzywy jak 3”, skacze na chmurę, siada na niej okrakiem, a później zamienia się niemal w pajaca występującego na dachu. Zamiast wzniosłości mamy więc groteskę. Zamiast majestatycznego ciała niebieskiego – trochę nieporadnego, dziecięcego bohatera nocnego przedstawienia. I właśnie dlatego tak ważne wydaje mi się słowo „transformista” w tytule. Transformista to ktoś, kto potrafi zmieniać wygląd, wcielać się w różne postacie. I taki właśnie jest księżyc w wierszu – cały czas przybiera nowe formy. Najpierw jest krzywą trójką, później złotą podkową, następnie pajacem, a w końcu niemal przedmiotem, który „spada” poecie do nóg. Nie mamy więc do czynienia z jednym, stabilnym obrazem księżyca, ale z ciągłą zmianą perspektywy. To trochę jak nocna pantomima, w której wszystko może za chwilę stać się czymś innym. Co ciekawe, podobnie zachowuje się również miasto: „Miasto stuokie patrzy do góry”, ulica „idzie i drży”, później „lecą ulice”, a księżyc „dzwoni” o most. Broniewski ożywia właściwie cały miejski krajobraz. Rzeczy nie pozostają rzeczami – zaczynają się poruszać, grać, drżeć, występować. Noc nie jest więc spokojnym zatrzymaniem świata, tylko momentem, w którym rzeczywistość zaczyna zachowywać się absurdalnie. Warto też zwrócić uwagę na podmiot liryczny, który mówi o sobie: „Chodzę wieczorny, szumny, wiatrzany” – trudno wyobrazić sobie bardziej nietypowy autoportret. Nie jest to człowiek stojący spokojnie i kontemplujący księżyc. Sam zaczyna przypominać element tego nocnego przedstawienia. Jest „wiatrzany”, porusza się razem z przestrzenią, a granica między nim, ulicą, wiatrem i księżycem zaczyna się zacierać. Zresztą finał mówi nam to właściwie wprost: „Wszyscy my tacy: ja, ty i wiatr”. Wszyscy jesteśmy trochę śmieszni, trochę dziecinni i trochę zmienni. I chyba właśnie tutaj znajduje się najciekawszy sens tego utworu. Broniewski nie próbuje stworzyć wielkiej filozoficznej opowieści o księżycu. Przeciwnie – pozwala sobie na dziecięcą zabawę obrazem. Księżyc może być pajacem, człowiek może być wiatrem, ulica może „lecieć”, a zwyczajna noc może zamienić się w przedstawienie. Jest w tym coś bardzo lekkiego, ale jednocześnie niepokojącego, bo pod tą zabawą kryje się świadomość własnej śmieszności i niedojrzałości: „Jakiś ty śmieszny, jaki dziecinny… / – Wszyscy my tacy: ja, ty i wiatr…”. Trudno więc patrzeć na autora Bagnetu na broń wyłącznie przez pryzmat patosu, walki i patriotycznego obowiązku. Ja i księżyc – transformista pochodzi z jego debiutanckiego tomu Wiatraki z 1925 roku i pokazuje zupełnie inną stronę jego poezji. Co więcej, badacze wskazują w tym utworze echa poetyckiej „arlekinady” Aleksandra Błoka, co dobrze pasuje do jego groteskowego, zmiennego charakteru.
Księżyc pojawia się również w utworze Poezja, nie jest jednak już tutaj głównym bohaterem, a bardziej elementem sentymentalnego tła.
Poezja
Ty przychodzisz jak noc majowa,
biała noc, uśpiona w jaśminie,
i jaśminem pachną twoje słowa,
i księżycem sen srebrny płynie,
płyniesz cicha przez noce bezsenne
- cichą nocą tak liście szeleszczą-
szepcesz sny, szepcesz słowa tajemne,
w słowach cichych skąpana jak w deszczu...
To za mało! Za mało! Za mało!
Twoje słowa tumanią i kłamią!
Piersiom żywych daj oddech zapału,
wiew szeroki i skrzydła do ramion!
Nam te słowa ciche nie starczą.
Marne słowa. I błahe. I zimne.
Ty masz werbel nam zagrać do marszu!
Smagać słowem! Bić pieśnią! Wznieść hymnem!
Jest gdzieś radość ludzka, zwyczajna,
jest gdzieś jasne i piękne życie.
Powszedniego chleba słów daj nam
i stań przy nas, i rozkaż – bić się!
Niepotrzebne nam białe westalki,
noc nie zdławi świętego ognia –
bądź jak sztandar rozwiany wśród walki,
bądź jak w wichrze wzniesiona pochodnia!
Odmień, odmień nam słowa na wargach,
naucz śpiewać płomienniej i prościej,
niech nas miłość ogromna potarga.
Więcej bólu i więcej radości!
Jeśli w pięści potrzebna ci harfa,
jeśli harfa ma zakląć pioruny,
rozkaż żyły na struny wyszarpać
i naciągać, i trącać jak struny.
Trzeba pieśnią bić aż do śmierci,
trzeba głuszyć w ciemnościach syk węży.
Jest gdzieś życie piękniejsze od nędzy.
I jest miłość. I ona zwycięży.
Wtenczas daj nam, poezjo, najprostsze
ze słów prostych i z cichych – najcichsze,
a umarłych w wieczności rozpostrzyj
jak chorągwie podarte na wichrze.
Jeżeli jednak Ja i księżyc – transformista pozwala nam zobaczyć Broniewskiego jako poetę bawiącego się nastrojem, muzycznością i obrazem, to jeszcze ciekawszy jest pod tym względem wiersz Poezja. Tutaj sentymentalny sposób obrazowania nie jest już tylko czymś, co pojawia się między słowami – Broniewski właściwie od pierwszego wersu świadomie buduje cały jego pejzaż. Poezja „przychodzi jak noc majowa”, jest „uśpiona w jaśminie”, jej słowa pachną, szepczą i przypominają deszcz. Mamy więc wszystko to, co kojarzymy z liryką nastroju: noc, księżyc, jaśmin, sen, ciszę, szelest liści i tajemnicę. Nieprzypadkowo badacze wskazują tutaj na skojarzenia z poezją sentymentalną i romantyczną, a także z młodopolskim sposobem budowania nastroju. Najważniejsze jest jednak to, że Broniewski nie pozostawia nas w tym świecie zbyt długo. Po dwóch pierwszych strofach następuje gwałtowne: „To za mało! Za mało! Za mało!”. I nagle cała ta cicha, pachnąca jaśminem poezja okazuje się niewystarczająca. To, co przed chwilą było piękne, staje się „marne” „błahe” i „zimne”. Można więc powiedzieć, że Broniewski najpierw bardzo dokładnie odtwarza poetykę sentymentalną, aby następnie pokazać jej ograniczenia z perspektywy własnego programu poetyckiego. Właśnie dlatego pierwsze strofy są dla mnie szczególnie interesujące. Broniewski nie wyśmiewa sentymentalizmu. Nie traktuje tych obrazów jak czegoś całkowicie bezwartościowego. Przeciwnie – opisuje je z dużą czułością. „Biała noc”, „jaśmin”, „sen srebrny”, „liście” i „szept” tworzą niemal idealnie miękki, spokojny świat, w którym poezja jest czymś intymnym i bliskim człowiekowi. Jest tutaj natura, ale nie jako zwykłe tło. Przyroda zostaje podporządkowana emocjom – pachnący jaśmin, szeleszczące liście czy księżycowy blask mają przede wszystkim budować stan ducha. Jest to właśnie ta cecha liryki sentymentalnej, która interesowała poetów od XVIII wieku: zwrócenie się ku uczuciu, prywatnemu doświadczeniu i naturze jako przestrzeni przeżywania. Broniewski idzie jednak dalej. Jego „poezja” nie może pozostać wyłącznie cichym szeptem. Ma oddychać razem z człowiekiem i reagować na jego rzeczywistość. Stąd bardzo charakterystyczne przeciwstawienie: „słowa ciche” zostają zestawione z „werblem”, „marszem”, „hymnem” i „pieśnią”. Zmienia się więc nie tylko ton wiersza, ale właściwie cała definicja poezji. Na początku ma ona być podobna do majowej nocy, później natomiast ma stać się czymś, co potrafi „smagać słowem”, „bić pieśnią” i „wznieść hymnem”. I tutaj Broniewski zaczyna przypominać poetę, którego znamy z Bagnetu na broń. Poezja przestaje być jedynie przestrzenią indywidualnego wzruszenia, a staje się narzędziem działania. Nie oznacza to jednak, że poeta całkowicie odrzuca uczucia. Wręcz przeciwnie – pod koniec wiersza żąda ich jeszcze więcej: „więcej bólu i więcej radości!”. To bardzo ważne, bo Broniewski nie chce poezji pozbawionej emocji. Chce raczej emocji żywej, mocnej i związanej z rzeczywistością. Sentymentalna czułość nie znika więc całkowicie, ale zostaje przekształcona. Można powiedzieć, że w tym wierszu Broniewski prowadzi swoistą rozmowę z tradycją. Z jednej strony fascynuje go obraz poezji cichej, nastrojowej i bliskiej naturze. Z drugiej – uważa, że samo piękno nie wystarcza. „Powszedniego chleba słów daj nam” – ten wers brzmi niemal jak przeciwieństwo wcześniejszego „snu srebrnego”. Zamiast niezwykłości mamy codzienność, zamiast tajemniczych szeptów – słowa proste. I właśnie prostota okazuje się ostatecznie najważniejsza. Co ciekawe, w ostatniej strofie Broniewski wraca do tonu, od którego rozpoczął. Prosi poezję o „najprostsze / ze słów prostych i z cichych – najcichsze”. Po całym szeregu gwałtownych obrazów, werbli, sztandarów, pochodni i walki następuje więc ponowne wyciszenie. Tym razem jednak cisza ma już zupełnie inne znaczenie. Nie jest ucieczką od rzeczywistości ani zamknięciem się w nastroju. Ma służyć pamięci o umarłych. Poezja, która wcześniej miała „bić aż do śmierci”, ostatecznie ma także zachować tych, którzy już umarli.
Wracając jednak do modernistycznego ducha warto by przywołać iście dekadencki utwór Broniewskiego – Listopady:
Listopady
Całe życie zrywam się i padam,
jakbym w piersi miał wiatr na uwięzi,
i chwytają mnie złe listopady
czarnymi palcami gałęzi.
Ja upiłem się tym tchem, tym szumem,
niepokojem, który serce zatruł –
to dlatego śpiewać już nie umiem,
tylko wołam wołaniem wiatru,
to dlatego codziennie się tułam
po wieczornych, po czarnych ulicach
i prowadzi mnie wilgotny trotuar
w mgłę wilgotną, która bólem nasyca.
Acetylen słów płonie na wargach,
płonie we mnie bolesna maligna,
chodzę błędny, jak ludzie w letargu,
zewsząd, zewsząd niepokój mnie wygnał.
Nie ma wyjścia, nie ma wyjścia, nie ma wyjścia,
muszę chodzić coraz dalej, coraz dłużej.
Jestem wiatr szeleszczący w liściach,
jestem liść zagubiony w wichurze.
Tylko w oczach mgła i oczy bolą,
tylko serce bije coraz częściej.
Jak błękitny płomień alkoholu,
płoniesz we mnie moje nieszczęście.
Muszę chodzić, muszę męczyć się wiecznie,
w mgłę za włosy mnie wloką wieczory,
lecą za mną, nieprzytomne, pospieszne,
moje słowa, moje upiory.
Muszę wiecznie zrywać się i padać,
jakbym w piersi miał wiatr na uwięzi.
Pochwyciły straconą radość
nagie gałęzie.
Przelatują, wieją przeze mnie
listopady chwil, których nie ma...
To-tylko liście jesienne.
To-pachnie ziemia.
Jeżeli Poezja pokazała nam Broniewskiego, który próbuje wydostać się z cichego, sentymentalnego świata jaśminu, księżyca i szeptów, to Listopady przenoszą nas w miejsce znacznie ciemniejsze. Tutaj nie ma już nawet próby przekonania, że słowo może wszystko naprawić. Jest za to niepokój, bezsilność, błąkanie się i poczucie, że człowiek właściwie nie ma dokąd pójść. I właśnie dlatego w tym utworze szczególnie wyraźnie można odnaleźć inspiracje dekadentyzmem. Już pierwsze słowa brzmią jak, właściwie gotowy, obraz dekadenckiego bohatera: „Całe życie zrywam się i padam”. Z jednej strony pojawia się więc ciągły ruch, z drugiej – jego całkowita bezcelowość. Podmiot cały czas się podnosi, ale za każdym razem znowu upada. Nie zmierza do żadnego konkretnego celu. Jest jakby skazany na powtarzanie tego samego gestu. Co więcej, jego „wiatr” znajduje się „na uwięzi” – a więc nawet to, co z natury powinno być wolne i nieuchwytne, zostaje zamknięte. Jest to bardzo sugestywny obraz wewnętrznego zniewolenia. Nieprzypadkowo całemu temu stanowi towarzyszy listopad. Jesień od dawna była jednym z ulubionych pejzaży poezji dekadenckiej, ponieważ świetnie odpowiadała nastrojowi przemijania, smutku i obumierania. U Broniewskiego nie jest to jednak zwyczajny opis pory roku. Listopady stają się niemal żywymi istotami, które „chwytają” bohatera lirycznego „czarnymi palcami gałęzi”. Natura nie tylko odbija jego stan psychiczny – zaczyna go wręcz atakować. Gałęzie mają palce, mgła jest „nasycona bólem”, a wieczory ciągną podmiot za włosy. Cały świat wydaje się więc działać przeciwko niemu. W tym sensie bardzo charakterystyczne jest połączenie przestrzeni z psychiką. Podmiot chodzi po „czarnych ulicach”, prowadzi go „wilgotny trotuar”, a wszystko kończy się we mgle. Nie ma jasnego punktu, do którego można dojść. Jest tylko coraz dalsza droga. W pewnym momencie zostaje to zresztą powiedziane bez żadnych metafor: „Nie ma wyjścia, nie ma wyjścia, nie ma wyjścia”. Powtórzenie brzmi niemal jak zaklęcie, ale zamiast przynosić rozwiązanie, jeszcze mocniej podkreśla beznadzieję sytuacji. I chyba właśnie tutaj Broniewski jest najbliżej dekadenckiego sposobu myślenia. Człowiek chce działać, ale nie potrafi znaleźć wyjścia. Chce śpiewać, ale „śpiewać już nie umie”. Zamiast pieśni pozostaje mu „wołanie wiatru”. Jest więc energia, która nie znajduje ujścia. Podmiot nie jest spokojnym, obojętnym człowiekiem – przeciwnie, jest pełen napięcia, ale właśnie dlatego jego cierpienie wydaje się jeszcze większe. Chce się wyrwać, a jednocześnie pozostaje uwięziony. Bardzo dekadencki jest także motyw rozmycia granicy pomiędzy człowiekiem a naturą: „Jestem wiatr szeleszczący w liściach, / jestem liść zagubiony w wichurze” – bohater liryczny przestaje właściwie istnieć jako odrębna jednostka. Raz jest wiatrem, raz liściem. Nie panuje nad otaczającym go światem, ale sam staje się jego częścią. Liść jest przecież całkowicie zależny od wichury – może zostać porwany i rzucony w dowolną stronę. Trudno o bardziej obrazowe przedstawienie człowieka pozbawionego poczucia sprawczości. Niepokój jest zresztą słowem-kluczem tego wiersza. Pojawia się już w pierwszej części jako „coś, co serce zatruło”, później bohater liryczny zostaje przez niego wypędzony „zewsząd”, a następnie nie ma już „wyjścia”. To nie jest chwilowy smutek. To stan, który przejmuje całe życie bohatera. Właśnie dlatego jego wędrówka przypomina bardziej błąkanie się niż podróż. A jednak najciekawsze jest to, że Broniewski nie zatrzymuje się na prostym wyznaniu rozpaczy. Wiersz jest pełen ruchu. Bohater „zrywa się”, „pada”, „chodzi”, „tuła się”, „męczy”, a wiatr „szeleszczący” i liść „zagubiony” cały czas pozostają w ruchu. Jest w tym pewna sprzeczność: człowiek nie może znaleźć wyjścia, ale jednocześnie nie potrafi się zatrzymać. To właśnie nadaje utworowi nerwowy rytm. Nie mamy tutaj spokojnego, melancholijnego smutku, lecz niepokój, który niemal fizycznie popycha bohatera przed siebie. I dlatego powracający wers: „Muszę wiecznie zrywać się i padać” brzmi jak podsumowanie całego doświadczenia podmiotu. „Muszę” jest tutaj najważniejsze. Nie „chcę”, nie „mogę”, ale właśnie „muszę”. Człowiek zostaje pozbawiony wyboru. Jego życie jest powtarzaniem tego samego schematu: podniesienie, upadek, ponowne podniesienie i kolejny upadek. W tym sensie można odczytać Listopady jako obraz dekadenckiego poczucia niemocy – świadomości własnego cierpienia przy jednoczesnym braku możliwości jego przezwyciężenia. Co ciekawe, końcówka przynosi pewne wyciszenie. Po całym tym niepokoju, po mgłach, czarnych ulicach, upiorach i wichurach zostają „liście jesienne” i zapach ziemi. Jest w tym coś niemal zaskakująco prostego. Cała wielka tragedia podmiotu zostaje na chwilę sprowadzona do najbardziej podstawowego doświadczenia natury. „To – tylko liście jesienne. / To – pachnie ziemia”. Nie oznacza to jednak, że wcześniejsze cierpienie nagle znika. Raczej przeciwnie – poetycki obraz zostaje sprowadzony do konkretu, jakby po całej tej psychicznej burzy pozostało tylko to, co materialne i nieuniknione: jesień, liście i ziemia.
I chyba właśnie dlatego Listopady są tak dobrym dopełnieniem wcześniejszych dwóch wierszy. W Ja i księżyc – transformista Broniewski potrafił spojrzeć na noc z dziecięcą niemal zabawą, zamieniając księżyc w pajaca. W Poezji pozwolił sobie na sentymentalny obraz jaśminowej nocy, ale później zażądał od poezji czegoś więcej – działania, bólu i radości. W Listopadach ta sama wrażliwość zostaje skierowana w zupełnie inną stronę: ku melancholii, przemijaniu i poczuciu wewnętrznego uwięzienia. Broniewski okazuje się więc poetą, którego nie da się zamknąć w jednym obrazie. Ten sam autor, którego szkolny wizerunek sprowadza się często do Bagnetu na broń, potrafi pisać o księżycu jak o pajacu, o poezji jak o cichej nocy majowej, a następnie stworzyć niemal dekadencki obraz człowieka zagubionego w jesiennej wichurze. I właśnie Listopady pokazują chyba najlepiej, że pod późniejszym patosem i potrzebą działania można odnaleźć poetę bardzo mocno zainteresowanego własnym wnętrzem, jego niepokojem, cierpieniem i poczuciem osamotnienia. Może więc zamiast pytać, który Broniewski jest „prawdziwy” – ten od bagnetu, ten polityczny, czy ten od księżyca – lepiej przyjąć, że wszystkie te twarze należą do jednego poety. I właśnie ta niejednoznaczność czyni go ciekawszym. Człowiek, który potrafił pisać „Bagnet na broń!”, potrafił też spojrzeć w niebo i zobaczyć w księżycu pajaca. A między jednym a drugim nie musi istnieć sprzeczność. Poezja Broniewskiego nie daje się tak łatwo zamknąć w jednej szufladzie i może właśnie dlatego warto czytać go dalej, zamiast zatrzymywać się na jednym, szkolnym refrenie.