
O nowej recepcji historii Kopciuszka w filmie „Brzydka siostra” (2025)
O nowej recepcji historii Kopciuszka w filmie Brzydka siostra (2025)
Pantofelek dla stopy czy stopa dla pantofelka? Wydawałoby się, że odpowiedź na to pytanie jest zupełnie oczywista – pantofelek został stworzony dla stopy. Co jednak może się stać, gdy bucik pasuje tylko na jedną nogę, a noga ta należy do najbardziej pożądanej kobiety w całym królestwie? I – co najbardziej frustrujące – nie jest to wcale twoja noga?
Wiele moich wspomnień z dzieciństwa uwzględnia książki – na początku czytano mi na głos, do zdarcia gardła. Potem zaś udało mi się posiąść sztukę rozumienia zapisanego tekstu i wówczas cały świat stanął dla mnie otworem. Wciąż jednak było coś nieuchwytnie fascynującego w słuchaniu, zwłaszcza babci, której głos wprowadzał do świata baśni znacznie łatwiej niż mój własny. To ona po raz pierwszy zapoznała mnie z pięknie ilustrowanym zbiorkiem baśni spisanych przez Jacoba i Wilhelma Grimmów. Ona wypowiedziała zdanie, które zostało ze mną do tej pory:
Dziewczyna odrąbała palec, wcisnęła stopę do buta, zagryzła z bólu zęby i wyszła do królewicza.
Jako mała dziewczynka sądziłam, że przyrodnie siostry Kopciuszka działały w duchu zła – kompletnego, bezdennego zła. Cierpienie fizyczne było lepsze niż pozwolenie protagonistce na dokonanie się jej osobistego i żyła długo i szczęśliwie. Po latach jednak dostrzegam w ich działaniach coś jeszcze – coś, co zauważyła także Emilie Blichfeldt. To właśnie pokazała nam w Brzydkiej siostrze, stanowiącej przy okazji jej reżyserski debiut.
Ale zacznijmy od samego początku, gdzie naznaczają się wyraźnie dwa wymiary, w których umiejscowione są filmowe wydarzenia – świat baśni i świat wyobraźni Elviry, tytułowej brzydkiej siostry. Ten drugi jest niemal oniryczny, osnuty czerwonawym filtrem, leniwie-rozkoszny i stanowi obraz najgorętszych pragnień bohaterki, pragnień w gruncie rzeczy znanych dobrze nam wszystkim: bo kto choć raz nie wyobrażał sobie prawdziwej pięknej miłości? Kto nie wzdychał do postaci, którą spotkał tylko na kartach najdroższej powieści? To ważna płaszczyzna, do której dziewczyna często ucieka i w której wiedzie dokładnie takie życie, o jakim marzy. Takie zachowanie nazywamy dezadaptacyjnym marzycielstwem; potrafi całkowicie zachwiać naszym postrzeganiem świata rzeczywistego, a przy tym zburzyć podstawy interakcji z innymi ludźmi. Niemniej może przynieść pewien poziom ukojenia psychicznego, transformuje życiowe niepowodzenia w przyjemne doświadczenia na płaszczyźnie wyimaginowanej rzeczywistości.
Stosunkowo niedawno, bo dopiero w roku 2002 zaczęto interesować się tym problemem w dyskursie naukowym. Taki syndrom Ani z Zielonego Wzgórza nadaje postaci Elviry psychologicznej głębi, silnie warunkuje jej dalsze poczynania, choć te prowadzą w mniej baśniowe miejsce. Bo świat rzeczywisty jest w istocie znacznie bardziej brutalny.
Pierwszy świat (a zatem rzeczywistość, w której Elvirze przychodzi żyć) zdaje się nam dobrze znany, oswojony poprzez liczne adaptacje obu najlepiej znanych wersji baśni (braci Grimm oraz Charlesa Perrault) – bo też co tu mogłoby nas zaskoczyć? Ot, połączenie dwóch rozbitych rodzin, pierwsze zetknięcie sióstr przyrodnich z Kopciuszkiem, który wciąż jeszcze przedstawia się jako Agnes… wszystko to przerwane nagłą śmiercią ojca, sceną wstrząsającą, bo okraszoną dużą ilością dławienia się własną krwią.
Od tego momentu wszystko staje się cielesne, groteskowe i szokujące – jak na porządny body horror przystało. Na naszych oczach pojedyncza scena z baśni braci Grimm urasta do rangi problemu wiecznej i nieskończonej pogoni za idealnością. Za pięknem, którego nikt nie potrafi nawet zdefiniować, a co dopiero je osiągnąć.
Towarzyszymy Elvirze w tym fatalnym wyścigu. Obserwujemy, jak pod okiem matki poddaje się przeróżnym zabiegom, które bardziej przypominają sceny z rzeźni niż salonu kosmetycznego. Brzydka siostra pozwala przyszyć sobie nowe rzęsy, w okrutny sposób zmienić kształt nosa, gubi kilogramy, połykając pastylki z żywymi pasożytami. Ostatecznie również odcina sobie palce, by dopasować stopę do zgubionego przez Agnes pantofelka. Wszystko próbuje zmienić, by pasowało do ideału – czymkolwiek ten ideał nie jest. Lea Myren zrobiła z jej postaci prawdziwe arcydzieło; jej Elvira nie tylko nie jest przerysowaną, oszpeconą do granic możliwości dziewczyną, ale w dodatku przypomina nam o naszych najgłębszych lękach, najsilniej znienawidzonych kompleksach. Także tych, które dostrzegamy tylko my same. Pragnie za wszelką cenę wyrwać się z własnego życia, zostać pożądaną i szanowaną, najpiękniejszą. Tyle że to wszystko na nic.
Każda wylana łza. Każdy okrzyk bólu. Każdy zwymiotowany posiłek. To wciąż zbyt mało, by dosięgnąć… czego właściwie? Miłości? Uznania? Zawsze znajduje się coś, czym „przegrywa się” z innymi kobietami.
Bo też: czy nie o to chodzi w tej paskudnej obsesji piękna? Czy za sloganami reklamującymi pewność siebie i naprawę własnego wyglądu nie stoi ukryta zachęta do wyścigu, którego zwyczajnie nie da się wygrać? W którym wygraną ma być pokonanie rywalek na drodze do męskiej aprobaty? Który – co zapewne najważniejsze – co roku wyrabia nam nowe kompleksy, tylko po to, by sprzedawać na nie gotowe rozwiązania?
Frustracja z przegranej Elviry niemal przysłania prostą prawdę, że wygranych nie ma. Nawet Agnes, choć zdobyła księcia, tak naprawdę więcej po drodze straciła, niż zyskała. W tym wypadku nie stanowi ideału baśniowej księżniczki – wręcz przeciwnie, jest chodzącym i oddychającym człowiekiem z krwi i kości, zdolnym do czynienia dobra i zła. Traci ojca, następnie – kochanka i miejsce we własnym domu; choć próbuje się jej odebrać godność, ona nie cofa się przed niczym, by ją zachować. Choć najbliżej jej do antagonistki, nie jest nią. Stanowi taki sam produkt świata, w którym żyje, jak Elvira, jej matka, czy grana przez wspaniałą Katarzynę Herman nauczycielka tańca.
Brzydka siostra nie jest kolejną produkcją nastawioną na przyciągnięcie widzów kontrowersją, choć taką może wydać się na pierwszy rzut oka; wystarczy wspomnieć o scenie, w której zniszczoną suknię Kopciuszka naprawiają nie ptaki i myszki, a… pożerające ciało jej zmarłego ojca robaki. Do podobnych wniosków prowadzi równie zuchwały moment zbliżenia Agnes z chłopcem stajennym czy jej zachowanie wobec sióstr. Gdy jednak wejdzie się nieco głębiej pod powłokę groteskowych obrazów, dostrzec można wspaniale wykrojoną krytykę społeczeństwa.
Urzekające ujęcia, szokujące sceny i dyskusja o problemie, który dotyczy nas wszystkich. Brzydka siostra niesie za sobą motywy znane już z Substancji (2024) czy Ze śmiercią jej do twarzy (1994), robi to jednak w świeży i interesujący sposób. Przy okazji wzbudza emocje nie dla samego wzbudzenia ich, ale dla sprowokowania dyskusji. I to się udaje.