
Polityka bez filtra. Skąd wzięła się brutalizacja debaty?
Polityka bez filtra. Skąd wzięła się brutalizacja debaty?
,,Kiedyś było lepiej” – to zdanie, w takiej lub nieco innej formie, usłyszał w swoim życiu chyba każdy z nas – rzadziej lub częściej, ale zapewne usłyszał. Za komuny było lepiej, bez telefonów było lepiej, bez dostatku było lepiej i tak dalej, i tak dalej. Stwierdzenie to oznacza zarazem wszystko i nic. Niesie ze sobą bardzo szerokie pole do umiejscowienia go w przeróżnych kontekstach, ale w istocie rzeczy nie ma w sobie nic konkretnego – ot, hiperbolizujący, oklepany i wyśmiewany przez młodsze pokolenia frazes. Zdanie: ,,Kiedyś było lepiej’’ odnosi się do przeróżnych aspektów otaczającego nas świata, zwłaszcza tych moralno-społecznych. A cóż może bardziej grać na ludzkiej moralno-społecznej wrażliwości niż kochana przez nas wszystkich polityka? Choć, będąc bardziej precyzyjnym, należałoby powiedzieć: ,,niż kochani przez nas politycy’’. Lubimy (wszyscy, nie tylko starsze pokolenia) romantyzować przeszłość, także tę polityczną. W debacie publicznej nierzadko można spotkać się z tezą, że język debaty politycznej jest ostrzejszy niż jeszcze kilka lat temu, że politycy, którzy w założeniu powinni być primus inter pares, nie krygują się zupełnie w wymyślaniu coraz to bardziej obelżywych inwektyw kierowanych w stronę swoich politycznych oponentów. A przecież kiedyś tego nie było. No właśnie – czy aby na pewno?
Nie mam żadnych podstaw, by nie zgodzić się z tym, że obecnie politycy pozwalają sobie w słownych utarczkach na więcej niż kiedykolwiek. Zarówno szeregowi posłowie, jak i urzędnicy państwowi najwyższego szczebla nie hamują się zbytnio w – powiedzmy wprost – obrażaniu się nawzajem w mediach, zwłaszcza społecznościowych, gdzie przekaz jest jeszcze wyrazistszy, ponieważ polityk komunikuje się np. przez ,,X” de facto bezpośrednio ze swoim wyborcą lub oponentem. Nie ma między nimi pośrednika (dziennikarza), który złagodziłby przekaz bądź rozluźnił atmosferę w studiu telewizyjnym czy radiowym. W tym aspekcie mamy więc zgodę. Musimy jednak pamiętać, że nie oznacza to, iż polscy parlamentarzyści jeszcze kilkanaście lat temu byli przykładami cnotliwego życia (chodzi wyłącznie o aspekty komunikacji – kwestie częstych libacji alkoholowych, afer seksualnych czy korupcji wymagałyby stworzenia osobnego tekstu).
Przykładem polityka, który doskonale potrafił sprawić, by jego rywalowi politycznemu ,,poszło w pięty” był premier Leszek Miller. To on podczas jednego z posiedzeń komisji dotyczącej afery Rywina powiedział do młodego, szerzej nieznanego wtedy Zbigniewa Ziobry: ,,Jest Pan zerem, Panie Ziobro”. To on kilka lat później z sejmowej mównicy skierował w stronę Janusza Palikota słowa Juliana Tuwima z wiersza Replika:
,,Próżnoś repliki się spodziewał.
Nie dam ci prztyczka ani klapsa.
Nie powiem nawet »pies cię jebał«,
bo to mezalians byłby dla psa’’.
,,Jebał’’ zostało wypowiedziane z autocenzurą, ale cała sala sejmowa wiedziała, jaki jest przekaz tego utworu. Leszek Miller w studiu Radia Zet sparafrazował też powiedzenie: ,,Milczenie jest złotem’’ – stwierdził, że dla poseł Anny Marii Żukowskiej ,,milczenie nie jest złotem, jest szansą’’. Odnosiło się to do bzdur głoszonych przez Żukowską w internecie, jakoby biologiczny mężczyzna mógł zajść w ciążę (śmiała teoria pani poseł została okrzyknięta przez portal To tylko teoria biologiczną bzdurą roku 2021). To również Leszek Miller popełnił w 2012 roku wpis na Twitterze, w którym stwierdził, że ,,gdy rozum śpi, budzi się Antoni Macierewicz i jego zespół”.
Oczywiście, możemy zauważyć, że między cytowaniem wybitnych polskich poetów (jak Tuwim) a nazywaniem kogoś ,,niemieckim agentem’’ lub ,,pustym łbem’’ jest różnica, ale musimy mieć świadomość, że zjawisko zaostrzonego języka debaty politycznej, które dziś obserwujemy, rozwijało się w Polsce niemal od samego początku w pełni demokratycznego państwa, czyli od 1989 roku. I – czy nam się to podoba, czy nie – jest to w pewnym stopniu wina nas, wyborców. ,,Jest popyt, jest podaż’’ – to hasło zna każdy, nawet średnio rozgarnięty przedsiębiorca. Gdyby politycy nie widzieli, że takie ,,złote myśli’’ rozchodzą się po mediach i internecie szybciej niż merytoryczne dysputy, ważne statystyki czy nakreślanie realnych problemów państwa, najzwyczajniej w świecie nie braliby udziału w tej – pożal się Boże – zabawie pod tytułem ,,Kto komu bardziej dołoży”.
Musimy więc chyba skonkludować te rozważania tak, że odpowiedzialność za taki stan retorycznej formy państwa polskiego ponosimy wspólnie – my i politycy, a pogrążanie się w tym marazmie trwa nie od kilku lat, ale od niemal czterech dekad. Nie dziwmy się więc, że obecnie lewaki wyzywają prawaków od faszystów, ciemnoty i nazistów, a prawaki tych pierwszych od komunistów, zboczeńców czy wynaturzeń. Nie dziwmy się, że premiera zwykło nazywać się ,,rusofilem’’ lub ,,niemieckim agentem’’, a prezydenta – ,,osiłkiem o tępym wyrazie twarzy’’. Sami sobie zgotowaliśmy ten los, drodzy rodacy.
Być może nadszedł wreszcie czas, aby kampania wyborcza, która czeka nas w przyszłym roku, nie była konkursem na coraz to nowe wyzwiska ani polem do obrzucania się błotem w mediach społecznościowych. Niech zobaczą, że nas to już po prostu nie rusza. Niech zobaczą, że zależy nam na Polsce. Może wtedy im też zacznie zależeć.
Autor tekstu: Mateusz Kołodziej