
„Sto lat samotności”
Gabriel Garcia Marquez twierdził że jego najsłynniejszego dzieła nie da się przenieść na ekran. Twórcy, decydując się jednak na zamach na wolę noblisty, sprawili że zadajemy sobie wszyscy pytanie: Czy „Sto lat samotności” w odróżnieniu od Macondo zasłużyło na drugą szansę na ziemi?
Sto lat samotności
Filmowe i serialowe adaptacje powieści zawsze wzbudzają silne emocje. Z jednej strony przyciągają, bo przecież to historie, które już znamy, z drugiej – drażnią jak zsunięta w bucie skarpetka, gdy nie udaje im się sprostać oczekiwaniom, albo wręcz oburzają, kiedy zbyt swobodnie podchodzą do książkowego pierwowzoru. Możliwe, że Gabriel García Márquez miał podobne obawy, ponieważ za życia nigdy nie zgodził się na ekranizację swojej najsłynniejszej powieści, twierdząc, że jej adaptacja jest po prostu niemożliwa. Jednak niespełna dekadę po jego śmierci, kiedy to Netflix zdecydował się podjąć to wyzwanie, spadkobiercy noblisty najwyraźniej zmienili zdanie. Było to przedsięwzięcie ryzykowne, ponieważ synowie Márqueza podważyli nie tylko wolę ojca, ale i zbagatelizowali fakt, że Sto lat samotności jest dziełem ważnym nie tylko dla samych Kolumbijczyków, ale również dla całej Ameryki Łacińskiej.
Gabriel García Márquez jest jedną z emblematycznych postaci jako reprezentant realizmu magicznego, człowiek swojej epoki oraz ważnym noblistą dla Ameryki Łacińskiej i kultury latynoamerykańskiej. W tym samym czasie co on pojawiło się wielu znakomitych latynoamerykańskich twórców, którzy zdobyli uznanie i wprowadzili powiew świeżości na światową scenę literacką. Juan Rulfo, Julio Cortázar czy właśnie García Márquez nie tylko rozwijali realizm magiczny, ale również prezentowali nowatorskie podejście do tradycyjnej struktury i narracji powieści. Jednak to właśnie kolumbijski pisarz dzięki Stu latom samotności zdobył największą sławę, przebijając się do światowych, anglocentrycznych kanonów literackich. Na czterystu stronach, w niewielkim, fikcyjnym miasteczku Macondo, chciał zamknąć historię swojego kraju. Po drodze jednak udało mu się ująć ducha Ameryki Łacińskiej i dotrzeć w jakiś sposób do pytań uniwersalnych. Powieść można odczytywać na wiele sposobów – szukać ukrytych przesłań, metafor czy nawiązań do historii regionu. Niezależnie od tego, czy szuka się w niej prawdy o życiu, czy o świecie, nad powieścią unosi się ponadczasowy przekaz – ci, którzy nie pamiętają, są skazani na powtarzanie swoich błędów.
García Márquez twierdził, że dzieła tak bogatego w treść i symbolikę jak Sto lat samotności nie da się zaadaptować na ekran bez utraty któregoś z tych kluczowych elementów. Jednak kilka lat po jego śmierci w 2014 roku Netflix zgłosił się do jego synów, którzy zgodzili się na sprzedaż praw do ekranizacji, stawiając jeden warunek: serial ma powstać w ich ojczystej Kolumbii i w języku hiszpańskim.
Zaadaptowanie tej powieści na ekran było po prostu wyzwaniem scenariuszowym i realizacyjnym. Samych tylko członków rodziny Buendía, głównych bohaterów powieści, pojawia się na kartach około dwudziestu, a przecież są też inne istotne postaci. Do tego dochodzi fakt, że większość mężczyzn z rodziny Buendía nosi powtarzające się imiona: José Arcadio i Aureliano, co jest kluczowe, bo definiują one charakter swoich nosicieli. Akcja powieści, jak sam tytuł wskazuje, rozgrywa się na przestrzeni stu lat, więc zmienia się także scenografia i moda. No i sama fabuła, która całe stulecie mieści na około czterystu stronach, jest wartka, a jednocześnie nie ma tam wielu dialogów. Niektórzy powiedzą też, że styl autora jest ironiczny, a on sam wręcz infantylizował swoich bohaterów. Jeśli jednak poświęci się tej powieści więcej uwagi, łatwo odczuć przebijający się z kart smutek pomieszany z nostalgią. Już samo słynne zdanie otwierające (które rozpoczyna też serial) ustawia nastrój reszty powieści:
„Wiele lat później, stojąc naprzeciw plutonu egzekucyjnego, pułkownik Aureliano Buendía miał przypomnieć sobie to dalekie popołudnie, kiedy ojciec zabrał go z sobą do obozu Cyganów, żeby mu pokazać lód”.
Zatem do serialu podchodziłam z rezerwą, a nawet niepokojem. Chciałam, żeby się udał, żeby sprostał oczekiwaniom w mojej głowie, a jednocześnie szczerze życzyłam inicjatywie wielkiego sukcesu, żeby powieść dotarła do jak największej liczby odbiorców. Pamiętam, że niespełna dwa lata temu na dzień premiery pierwszego sezonu wzięłam wolne w pracy. Opłaciło się. Mogłam odetchnąć z ulgą – serial był udany. Jednak przede wszystkim, ku mojemu zaskoczeniu, okazał się bardzo wierną adaptacją, która nie spłaszczała ani wątków, ani przekazu. Na kolejny sezon przyszło nam czekać dwa lata. Miał on swoją premierę pod koniec sierpnia. Podobnie jak w oryginale, pierwsza część przedstawia rozkwit Macondo i rodziny Buendía. Druga opisuje już ich powolny rozkład.
Chociaż często powtarza się, że ekranizacja zawsze będzie gorsza niż książkowy oryginał, ja od lat poszukuję wyjątków od tej reguły. I w zasadzie udaje mi się na takie trafić. Uważam, że chociażby filmowe ekranizacje Władcy pierścieni czy Hobbita dorównują jakością pierwowzorom, a wyjątkowego farta do ekranizacji ma Elena Ferrante, ponieważ Córka czy Genialna przyjaciółka są nie tylko wierne, ale przede wszystkim bronią się jako samodzielne dzieła. (Co prawda w Córce dokonano pewnych modyfikacji, ale nie mają one wpływu na fabułę ani na przekaz.). Jednak serialowe Sto lat samotności przerosło moje oczekiwania. Inna słynna powieść pisarza, którą bardzo cenię, Miłość w czasach zarazy, została zekranizowana w 2007 roku z co najwyżej przeciętnym efektem, a twórcy może i przedstawili fabułę, ale całość wyszła dość płytko. Jednak w tym przypadku twórcy potraktowali swoje dzieło i budżet bardzo poważnie i to widać. Serial wygląda pięknie. Z ekranu czuć duszność, wilgotność i zapach bielonych ścian. Zaś akcja serialu rozwija się dynamicznie, tak jak w książkowym oryginale, ale tutaj rozróżnianie kolejnych Aurelianów i José Arcadiów ułatwia fakt, że mają oni twarze różnych aktorów.
Co najciekawsze, jak już wspomniałam, w powieści prawie nie ma dialogów. García Márquez miał jednak skłonność do tworzenia bardzo długich zdań i takiego dobierania słów, które pozwalały z łatwością zobrazować sobie bohatera i jego usposobienie. Twórcy mieli chyba podobne do moich odczucia, bo świetnie udało im się uchwycić aurę, jaka otaczała bohaterów na stronach powieści (a warto zaznaczyć, że wielu członków głównej obsady było naturszczykami). Nie są oni postaciami rzuconymi na karty powieści i w wir historii ani pustymi symbolami, ale prawdziwymi ludźmi, którzy w różny sposób radzą sobie z samotnością, która ma wiele form. Praktycznie nikt z rodziny Buendía nigdy nie jest sam, bo dom zawsze jest pełny, a bohaterowie mogą pozostać sam na sam co najwyżej ze swoją izolacją. A jak odtworzono dom, centrum akcji powieści? Chociaż wiemy, że nad całym rodem ciąży fatum, ściany domu, patio i schowek, w którym znajdują się manuskrypty przypieczętowujące los rodziny, wyglądają tak, że chciałoby się odpocząć pod kasztanowcem niczym główny bohater albo rozwiesić białe pranie w deszczu malutkich żółtych kwiatów.
Powieść nie ma standardowej narracji, co może niektórym przeszkadzać. I faktycznie inaczej odczytuje się ją, jeżeli ktoś fascynuje się tym regionem. Jednak międzynarodowa sława tego dzieła sugeruje, że nie trzeba mieć ukończonych studiów latynoamerykanistycznych, żeby znaleźć w niej coś dla siebie. Tak jak książce, serialowi też trzeba dać szansę. Trzeba mieć otwartą głowę, bo spotkałam się z opinią osoby, która nie znała oryginału, że jest to telenowela. Nie jest nią, ale ponieważ postaci jest sporo, każda ma swoją rolę do odegrania, a akcja toczy się dosyć szybko, to oglądając serial pobieżnie, można odnieść takie wrażenie. Raczej nie straci on wtedy waloru rozrywkowego, ale jeżeli dać Macondo szansę i zajrzeć do zapomnianego miasteczka, można wynieść o wiele więcej. Bo rzadko zdarza się, żeby ekranizacja tak dokładnie starała się ująć praktycznie wszystko, co autor miał na myśli – zarówno od strony scenariuszowej, jak i wizualnej. Warto zwrócić uwagę, że w powieści nie ma wielu dialogów, ale jest kilka wyraźnie zaznaczonych wypowiedzi postaci. Pokrzepiające, jak twórcom udało się wybrać i zacytować akurat te, które najlepiej oddają sens powieści.
Wielu Kolumbijczyków nie cieszy się z komercyjnego sukcesu serialu Narcos tak jak można by się tego po nich spodziewać. Ale wiele jest głosów, że ogromny sukces tej serii przyczynił się tylko do utrwalenia stereotypów, że Kolumbijczycy, a za nimi inni Latynosi to przemytnicy narkotyków, a ich kraje to skorumpowane miejsca z ładnymi krajobrazami. A przecież Ameryka Łacińska kulturowo zaoferowała światu tak wiele. Gabriel García Márquez, Mario Vargas Llosa czy Octavio Paz to tylko trzej nobliści w dziedzinie literatury pochodzący z tego regionu. A wymienić można wielu innych twórców, takich jak chociażby Isabel Allende, której Dom duchów też doczekał się w tym roku nowej ekranizacji czy Mariana Enríquez, której pełne niepokoju opowiadania też pojawią się niedługo w streamingu.
Kino latynoamerykańskie nie ustępuje literaturze, jednak rzadko trafiają się produkcje z takim rozmachem, na jaki pozwala budżet Netflixa. Serial Sto lat samotności, chociaż bardzo bym sobie tego życzyła, prawdopodobnie nie odniesie komercyjnie aż tak wielkiego sukcesu jak Narcos. Poza popularnością daje on jednak Kolumbijczykom i w sumie Latynoamerykanom coś innego – oddaje im godność. Oto wielkie dzieło literackie regionu doczekało się świetnej ekranizacji, która nie została sprowadzona do opowiastki o miłości (to spotkało kiedyś wspomnianą Isabel Allende, której Dom duchów jest także słynnym przykładem realizmu magicznego, wielowątkową powieścią z historią Chile w tle, a w 1993 roku został sprowadzony do melodramatu), ale z czułością i szacunkiem do pierwowzoru stara się zachować sens i zamysł autora, a zarazem reprezentować region. Sam García Márquez w swoim kraju dostrzegł właśnie ten magiczny realizm, który już potem zawsze starał się opisywać. Jeśli jednak przez dekady zachodnia kultura z taką pewnością siebie składa nam wszystkim kolejne „propozycje nie do odrzucenia”, czas najwyższy przyjąć też inne perspektywy.
Serial rozpoczyna się i kończy zdaniami z księżmi. Chociaż na zakończenie słyszymy, że „Plemiona skazane na sto lat samotności nie mają drugiej szansy na ziemii”, to serialowa ekranizacja zasługuje na każdą szansę. Jest to wyjątkowa okazja na całkowite zatracenie się w Macondo i niczym fatum podążanie za losami Buendiów.