
Tłusto i radośnie – zapusty
Tłusto i radośnie – zapusty
W okresie Bożego Narodzenia niezwykle ważne było zapewnienie sobie szczęścia i dostatku na nowy rok. Nasi przodkowie wynosili z izby resztki słomy, by nakarmić nią inwentarz, obwiązać drzewka owocowe, stawiali ją na polu, zanosili do kur. To wszystko miało zagwarantować owocne zbiory. W zależności od regionu podobne działania podejmowano już w Wigilię Bożego Narodzenia, na Nowy Rok lub dzisiaj – podczas święta Trzech Króli. Mówię Ci o tym, czytelniku, bo ta ostatnia data rozpoczyna również nowy wspaniały okres w naszej kulturze. Mowa oczywiście o karnawale.
Samo słowo „karnawał” pochodzi być może z języka włoskiego i w swej oryginalnej postaci brzmi carnevale, czyli dosłownie „żegnaj, mięso”. Inne etymologie wskazują na carmen levare (łac.) – „wynieść, odstawić mięso” lub carrus navalis, oznaczające łodzie posuwające się na kołach, których Rzymianie używali podczas procesji ku czci Dionizosa. W każdym razie karnawałem nazywamy okres pomiędzy Bożym Narodzeniem a Wielkim Postem, podczas którego suto zastawiano stoły tłustym jadłem, tańczono i organizowano bale. Lud usilnie starał się wybawić przed czterdziestodniowym czasem umartwiania ciała. Dziś nie ma to takiej mocy, jednak wciąż pozostają pewne tradycje i zwyczaje, przypisane do tej właśnie fazy roku.
Co ma nam do powiedzenia kultura?
Pozwolę sobie przywołać kilka przykładów z literatury, sztuki i popkultury, byśmy dobrze uświadomili sobie istotę karnawału. Czytelniku, przyjdzie nam znów powędrować wspólnie w odmęty czasu – konkretnie ku dniowi 6 stycznia 1482 roku. Zmienimy też nieco klimat. Przyjrzyjmy się więc Paryżowi u styku średniowiecza i renesansu, Paryżowi w czasach katedr.
Victor Hugo w swojej fenomenalnej i wciąż dość aktualnej powieści Katedra Marii Panny w Paryżu (stanowiącej zresztą kanwę dla gigantycznej ilości innych dzieł kultury, od scenicznego musicalu z gwiazdorską obsadą po epicką klasyczną animację Disneya) przybliża początek karnawału ludności miejskiej:
Szóstego stycznia, który poruszał całą ludność Paryża, jak mówi Jan de Troyes, podwójna była uroczystość, połączona od niepamiętnych czasów, to jest obiór króla migdałowego i Święto Błaznów. Dnia tego miały był fajerwerki na placu de Greve, umajenie w pałacu Braque i dialog w Pałacu Sprawiedliwości. Ogłoszono to przy dźwięku trąb po ulicach i placach przez dworzan prewota, ubranych w piękne fiolety z białymi krzyżami na piersiach.
Ludzie świętują, każdy na swój sposób. Oczekiwanie na dialog staje się dla grupki studentów wyśmienitą okazją do płatania współbraciom figli, naturalnie zanim do wielkiej sali nie przybywa sam kardynał. W gruncie rzeczy obywatele nudzą się przeraźliwie, do tego stopnia, że obecny na widowni Coppenole wygłasza sąd:
W Gand na uroczystości błaznów bawimy się jak należy i otóż opowiem wam, jak to idzie. Gromadzi się kupa ludzi, jak tutaj, później każdy z kolei wyściubia łeb i wykrzywia się na wszystkich; ten, który się najokropniej wykrzywi, zostaje naczelnikiem albo głową błaznów. Otóż to tak, to zabawne.
I tak właśnie Paryżanie postanawiają zająć się wyborem swego króla błaznów. W szranki stają przeróżni brzydale, krzywią się paskudnie. Ostatecznie wybór pada na Quasimodo, który da nam się później poznać jako jeden z najważniejszych bohaterów powieści.
Raczej cała osoba była wykrzywieniem. Wysoka głowa, najeżona rudymi włosami; pomiędzy dwoma ramionami, na przedzie i tyle garb ogromny; system goleni i nóg tak zorganizowany, że tylko w kolanach schodzić się mogły i wyglądały jak dwie kosy; szerokie nogi, ręce ogromne, wszystko niekształtne i potworne, jednak objawiające siłę, zwinność i zręczność. (…) Rzekłbyś, że to jest podruzgotany olbrzym.
Quasimodo niestety nigdy nie życzył sobie przystępować do zabawy. Obrażany i wyśmiewany, przygląda się wszystkiemu ponuro i ponad wszelką wątpliwość wolałby wrócić na swoją dzwonnicę przy Katedrze Notre Dame. W międzyczasie chaos dalej panuje, bo grupa Romów, a wraz z nią uwielbiana przez młodzież tancerka Esmeralda, pojawiają się na placu przed Pałacem Sprawiedliwości. I zabawa trwa w najlepsze, ma niewyczerpany potencjał. Ot, istna Sodoma i Gomora.
Nasza podróż trwa, czytelniku, a ja chciałabym, byśmy zajrzeli w nieco inny zakątek czasu i przestrzeni. Pozwól, że zmienimy również obszar sztuki, po którym będziemy się poruszać. Teraz więc porzućmy literaturę (przynajmniej na chwilę) i skupmy się na obrazie. Bardzo niezwykłym, należy rzec. Przed Twoimi oczami Wojna karnawału z postem pędzla samego Pietera Bruegela:
(Pieter Bruegel starszy, Walka karnawłu z postem, 1559; reprodukcja pochodzi z platformy niezlasztuka.net.
Obraz znajduje się w zbiorach wiedeńskiego Kunsthistorisches Museum)
Zwróć uwagę na studnię w centrum obrazu, potem zaś skup się na tym, co widzisz pod nią. Do natarcia szykują się dwa stronnictwa. Na pękatej beczce nadjeżdża siedzący okrakiem otyły mężczyzna w jaskrawych ubraniach, czerwony na twarzy, z ogryzionym pieczonym prosięciem i nabrzmiałym fallusem. Alegoria karnawału, obżarstwa, picia, zabawy oraz erotyki. Z drugiej strony na chybotliwej platformie przesiaduje wychudzona ascetyczna postać, wymachująca piekarską łopatą; ciągną ją za sobą mnich i mniszka. Jeśli przyjrzeć się ludziom wokół, możemy zauważyć, że ich postawy odpowiadają dwóm tym karykaturalnym postaciom. Jedni bawią się i grają, inni pracują lub się modlą.
Być może przypomina Ci to walkę rodem z turnieju rycerskiego lub oczekujesz, że zaraz nastąpi starcie tych dwóch sił. Nic z tego. Karnawał i post po prostu miną się i każde pojedzie w swoją stronę. Taki już urok życia, że różne okresy roku następują jeden po drugim. Badacze dopatrują się tu również kolistego kalendarza świąt i obrzędów związanych z okresem pomiędzy Bożym Narodzeniem a Wielkim Postem, typowych dla Niderlandów. Na pozór bezwładne scenki składają się w spójną historię.
Ten obraz, tak fascynujący, inspiruje trio Kaczmarski, Gintrowski oraz Łapiński do stworzenia utworu Wojna postu z karnawałem, w którym możemy śledzić fabularyzowany opis dzieła Breugela. Momentami różni się nieco od tego, co widzimy na płótnie, jest jednak dość ciekawym dopełnieniem.
Karnawał słowiański… czyli jaki?
Skoro już powróciliśmy na tereny naszego wspaniałego kraju, warto zanurzyć się w staropolskie opisy karnawału, bo przecież wcale nie bawiliśmy się gorzej od Zachodu. Zresztą nie tylko o rozrywkę tu chodzi – tak jak Szczodre Gody, o których przyszło nam już kiedyś rozmawiać, zapusty (tak bowiem ten okres nazywano na terenie Polski) miały symbolizować początek i odrodzenie, stanowiąc przy tym dobry czas do zaklinania sobie szczęścia na kolejny rok.
Na pewno kochasz karnawałowe potrawy, czytelniku, w czym całą duszą się z tobą zgadzam. Czy wiedziałeś jednak, że te dzisiejsze bardzo różnią się od staropolskiego jadła? Mięciutkie i słodkie pączki były wówczas znacznie cięższe, twardsze, nadziane słoniną i boczkiem. Jadano bliny i pampuchy, także tłuste mięsa – nie tylko po to, by najeść się przed nadejściem ascetycznego Wielkiego Postu, ale również w ramach swoistej magicznej manifestacji. Miało to zapewnić „tłusty” rok na roli i w oborze.
Także bale i potańcówki nie były naszym przodkom obce. W ostatni dzień przed Środą Popielcową kobiety zbierały się razem w karczmie i skakały (czasem na blat stołu), by w ten sposób „zaczarować” len i konopie – to miało zagwarantować wzrost roślin, a tym samym dostatek surowca na nici. Skoro zaś ich hodowlą (poza pierwszym wiosennym zasiewem) i późniejszą przeróbką zajmowały się niewiasty, do nich należało zapewnienie sobie obfitych zbiorów. Taka „babska” impreza nazywała się combrem i często miewała charakter rytuału przejścia, podczas którego młode mężatki wchodziły do grona kobiet o dłuższym stażu; te drugie dzieliły się z koleżankami sekretami obyczajowymi, rodzinnymi, a nawet erotycznymi. Przebierały się przy tym karykaturalnie, nie szczędząc sobie alkoholu i jadła. Czasem zamykały młodsze kobiety w głębi karczmy, zaś ich mężowie musieli jakoś je wykupić.
Biada ludziom samotnym
Radosne zabawy ludzi dobranych już w pary kontrastowały z publicznym piętnowaniem tych, którzy ów porządek zaburzali, pozostając samotnymi. Jesień i zima były dla naszych przodków sezonem matrymonialnym, kiedy zaręczano się i pobierano. Tak działał krąg życia – problem zaczynał się wówczas, gdy go zaburzono.
W wielu regionach słowiańszczyzny pod koniec karnawału niezamężne panny wśród szykan i śmiechu musiały w miejscach publicznych ciągnąć za sobą ogromny klocek wycięty z drewna. Czasem mężczyźni robili to samo z miską drożdży. Choć nam ten rytuał wydaje się okrutny i nieludzki, dla naszych przodków był ważny dla zachowania porządku rzeczy. Na wiosnę, która nadchodziła wielkimi krokami, ziemia odzyskiwała swoją płodność – ludzie powinni pomóc w jej zapewnieniu, również korzystając z własnej mocy płodności. Ci, którzy zaburzali ten ład mogli zakłócić cykl życia. Przy okazji drożdże i drewno stanowiły symbole płodności.
Kolędnicy i przebierańcy
Gdy wciąż kolędowano po domach, do zabawy wkraczali inni przebierańcy. Nosili futra wywinięte na lewą stronę, maski i słomę, czasem kije i iglaste gałęzie, a już na pewno koszyczki na dary od gospodarzy. Wieźli ze sobą drewno i słomianą kukłę. Zwano ich w różnych częściach słowiańszczyzny inaczej, kusakami, bachusikami, bursiarzami i tak dalej. Zaczepiali panny i płatali figle, uosabiali też zwierzęta.
Ich nadejście zwiastował dzwonek pasterski, strzały i klekotanie, krzyki, stukanie kijem, gra na instrumentach. Symbolizowali naturę i płodność – towarzyszyły im falliczne przybory, tańczyli w sugestywny sposób.
Dziś także ich spotkamy, jednak w nieco innej formie. Stroje są znacznie porządniejsze, piękne i starannie wykonane. Nastawiają się na widowisko, ale to dobrze – dzięki temu nowe pokolenia interesują się tradycją i niosą ją dalej w świat.
Takie maszkary często woziły ze sobą drewniane lub słomiane kukły. Te opłacano drobnymi datkami (zwłaszcza za niewydane za mąż panny, wciąż przebywające w domach rodziców). W ostatnim tygodniu karnawału jednak rwano je na strzępy i palono. Przypomina to trochę wiosenny zwyczaj palenia/topienia marzanny i zdecydowanie jest w tym podobieństwie trochę racji – tak bowiem żegnano się ze śmiercią i zimą. Egzekucjom lalek towarzyszył śmiech, mający nieść w świat nowe życie.
Bibliografia
- •
Hugo V., Katedra Marii Panny w Paryżu, tłum. Marceli Skotnicki, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2024.
- •
Klenczon W., Pieter Bruegel starszy „Walka postu z karnawałem” [online], ostatnia aktualizacja 8 kwietnia 2022 [dostęp 2 stycznia 2026], dostępny w Internecie: https://niezlasztuka.net/o-sztuce/pieter-bruegel-starszy-walka-karnawalu-z-postem/.
- •
Stasiak A., Słowiański przewodnik po świętowaniu, Wydawnictwo Insygnis, Kraków 2025, s. 184-205.
Przypisy
*V. Hugo, Katedra Marii Panny w Paryżu, tłum. Marceli Skotnicki, Wydawnictwo Świat Książki, Warszawa 2024, s. 7-8.
**Dialog to gatunek literacki, wywodzący się jeszcze z antyku. Znamy go między innymi z literatury staropolskiej (np. Rozmowa mistrza Polikarpa ze Śmiercią). Charakteryzuje się swoim dramatycznym charakterem, przedstawia rozmowę co najmniej dwóch osób, najczęściej służy przedstawieniu treści filozoficznej.
***Tamże.
****Tamże.
*****Ten przypadał mężczyźnie. Wierzono, że skoro to on ma moc zapłodnienia kobiety, powinien także „zapłodnić” w ten sposób ziemię.