Powrót
To całe bycie martwym – nie-taki-krótki przegląd przyszłych miejsc zamledowania

To całe bycie martwym – nie-taki-krótki przegląd przyszłych miejsc zamledowania

Dominika Zięciak
Autorka tekstu
Dominika Zięciak
Adrianna Smug
Korektorka
Adrianna Smug
Instagram
Barbara Kuliga
Autorka grafik
Barbara Kuliga
Instagram
11 marca 2026

To całe bycie martwym – nie-taki-krótki przegląd przyszłych miejsc zameldowania

Jakiś czas temu miałam okazję porozmawiać z Tobą, drogi Czytelniku, na temat wyobrażenia zaświatów w szeroko rozumianym świecie legend arturiańskich, gdzie mity starożytnych Celtów w najdziwniejszy sposób przeplatały się z wizjami średniowiecznych chrześcijan. Przypomniałam Ci wówczas, że jest tylko jedna pewna rzecz na tym świecie. Pozwól więc, że wypowiem te słowa raz jeszcze, by odpowiednio wybrzmiały – wszyscy kiedyś umrzemy i to jedyne, czego możemy być pewni. Masz kawę? A zatem – zdrowie, drogi Czytelniku! 

Jesień zadomowiła się w Polsce na dobre, choć w dużej mierze nie jest złota. Leje, leje i leje. Wiatr przeszywa ciała do szpiku kości, wszyscy nagminnie chorujemy. Noc zapada coraz szybciej, ciemność przejmuje władzę nad światem. Warunki są wprost idealne, by podążyć śladem porwanej Persefony do Podziemia. 

Idziemy więc – w mrok, który zagęszcza się i przechodzi buchającym zewsząd zapachem siarki. Musimy uważać, by przypadkiem nie poranić stóp o wystające z podłoża ostre kamienie. Tu, wśród niegościnnego krajobrazu, wznosi się pałac Hadesa – ten zaś zarządza trzema krainami zmarłych: Polami Elizejskimi (gdzie trafiają po śmierci dusze herosów i innych zasłużonych), Erebem (przeznaczonym dla każdego, kto nie wyróżnił się w swoim życiu) oraz Tartarem (najpodlejszym miejscem kaźni, gdzie dusze cierpią wieczne męki). Także rzeki mają tu swoje znaczenie. Przez Styks, najlepiej znaną, można przepłynąć jedynie po zapłaceniu demonicznemu Charonowi złotego obola, a wówczas jej wody odetną nas raz na zawsze od życia ziemskiego. Jeżeli jednak obola nie zapłacimy, zostaniemy skazani na stuletnią wędrówkę wzdłuż drugiej z rzek – Kokytosu. Dalej płynie Lete — rzeka zapomnienia — jej wody wymażą ziemskie wspomnienia. Są także Acheron (rzeka smutku) oraz Flegeton, tym różniąca się od reszty, że jest pełna lawy. Każdy z tych zakątków posiada swoje własne bóstwo. Z Hadesu nie można wrócić, choć przecież wielu śmiałków próbowało: Orfeusz z Eurydyką, Syzyf...

Bo w końcu zaświaty to kraina bez powrotu, prawda, drogi Czytelniku? 

Cóż... Nie do końca. Kultura sumeryjska, wciąż dla nas pełna tajemnic, wykształciła sobie dość pokaźny mit z boginią Isztar (Inaną) oraz jej nienawistną siostrą Ereszkigal w rolach głównych. Spójrz na Inanę, Czytelniku – to piękna i silna bogini, królowa Nieba oraz Ziemi, sprytna, choć z nieodzowną tendencją do nieustannego wpadania w kłopoty. Jej pragnienie władzy absolutnej każe odebrać siostrze władzę nad zaświatami, mroczną krainą Kur. Tam przemierza siedem różnych pokoi, w każdym zaś strażnik nakazuje jej zdjęcie fragmentu przepięknej szaty, a przed panią podziemia staje naga i — choć jest boginią — musi ulec śmierci. Dokonany przez jej przyjaciół i sługi przekręt, pozwala Inanie wydostać się na powierzchnię, ale tylko w zamian za inne życie. A bogini, choć przebiegła, ale nieustatkowana, poświęca wówczas swego ukochanego Dumuzi. 

Powróćmy jednak do kręgu kultury, który jest nam znacznie bliższy. Chrześcijanie także wykształcili sobie pewien konkretny obraz zaświatów – i widzimy go najczęściej w formie Nieba (zatem tego, co na górze) oraz Piekła (tego, co na dole), z częstym dodatkiem w postaci Czyśćca. Z tej konwencji w sposób niebanalny i zaskakujący skorzystali Neil Gaima z Terrym Pratchettem, ostatnimi czasy dość kontrowersyjni, wciąż jednak ojcowie współczesnej fantastyki. Ich zaświaty to obraz biurokracji totalnej, pełnej papierkowej roboty, z nagrodami dla pracowników miesiąca, trwające pod mniej lub bardziej opiekuńczymi skrzydłami Archanioła Gabriela oraz Belzebuba. Seria na podstawie kultowego Dobrego Omenu dodała do tego wyobrażenia ruchome schody, z kolei biura „na górze” odarła ze wszelkich ozdób, a te „na dole” zagraciła do granic możliwości. 

Skoro zaś o biurokracji mowa, warto zajrzeć do najsłynniejszego bioegzorcysty w historii kina i dowiedzieć się, że o „tym całym byciu martwym” (pozwoliłam sobie na wplecenie cytatu z Soku z żuka, ale w wersji musicalowej) sądzi niezastąpiony Tim Burton. A sądzi naprawdę wiele, oswajając przy tym temat śmierci w nietuzinkowy sposób. Niedawno zmarłemu małżeństwu podsuwa cegłę... To znaczy – książkę z poradnikiem dla świeżo upieczonych duchów. Później zaś każe czekać im na rozpatrzenie wniosku o wstęp do Nieba aż 125 lat! Nad procedurą działa duch i były Miss Argentyny. Nie różni się to zbyt wiele od żmudnego oczekiwania w kolejce do lekarza czy urzędu. Cała ta farsa zostaje okraszona niepodrabialnym nastrojem i klimatem, który tylko Burton potrafi wytworzyć. 

Warto tu wspomnieć również o kinie dla najmłodszych, bo i tam obraz zaświatów bywa ciekawy. Spójrzmy na Coco (2017), oscarowy obraz oscylujący bezpośrednio wokół tematu meksykańskiego Dia de los Muertos. Przebywające po drugiej stronie duchy przypominają szkielety z czaszkami w tradycyjnych wzorach. Mogą wrócić do bliskich 1 listopada, ale musi zostać spełniony pewien warunek – ołtarzyk na ich cześć. Komu takiemu nie wystawiono, nie ma szans na wymknięcie się na ziemię. Całe zaświaty przypominają tu z resztą kolorowy labirynt, a smutek i nostalgia za życiem przeplatają się z radością ponownego spotkania. 

Pozostaje nam już tylko jedna kwestia do rozpatrzenia, być może najbliższa naszym sercom i dziedzictwu – jak miejsce zameldowania duszy po śmierci widzieli Słowianie? Bardzo trudno jest to badaczom jednoznacznie stwierdzić – z resztą w słowiańskim panteonie i mitologii bardzo podobnie powiemy o wszystkich zagadnieniach, ponieważ wierzenia spisano wieki po chrystianizacji kraju, w dodatku piórem chrześcijańskich duchownych. Gieysztor łączy ze zaświatami bóstwo staroruskie: Welesa (lub też Wołosa), opiekuna magii i przysięgi. Prawdopodobnie był on drugi w hierarchii ważności po Perunie. Co ciekawe, w podobnej funkcji zdawali się występować bogowie o imionach Trojan oraz Trzygłów; takie troiste widzenie bóstwa chtonicznego (a zatem: związanego ze śmiercią i zaświatami) nie jest wcale dziwne dla kultury indoeuropejskiej. 

Możemy przypuszczać, że nie istniał wcale podział na zaświaty dla prawych i grzesznych – dusze pokutujące lub zostawiające za sobą sprawy niedokończone powracały na ziemię jako demony, wampiry, upiory i tak dalej. Najpopularniejszy układ zakłada jednakże dwa miejsca, jedno (Wyraj) w koronie kosmicznego drzewa, drugie (Nawia) w jego korzeniach. Do góry trafiała ta część duszy, która miała powrócić na ziemię w nowej formie, na dół zaś udawała się ta, której udziałem miało się stać połączenie z innymi duszami z rodu. Z Wyraju dusza miałaby zlatywać na skrzydłach lelków, bocianów i wcielać się w nowe postaci. Przebywali tam również płanetnicy, walczący podczas burzy ze żmijami. Należy jednak pamiętać, że jak w przypadku większości wierzeń słowiańskich, niczego nie możemy być pewni. 

Tak oto przebrnęliśmy, drogi Czytelniku, przez szereg miejsc, w których możliwe jest dalsze zameldowanie naszej duszy. Piekło, Niebo, Wyraj, a może sumeryjski Kur? Nie wiemy tego na pewno, dlatego wciąż i wciąż od zarania dziejów wyobrażamy sobie oraz odmalowujemy potencjalne zaświaty – być może po to, by nie stracić nadziei. Aby powiedzieć sobie, że to wszystko było po coś.