
Własna droga do „PRIMA” Adéla Jergova przestaje być tą z Dream Academy
Czasem potrzeba tylko jednego momentu, żeby na długo zostać zamkniętym w cudzej opowieści. Dla Adéli Jergovej takim momentem był program Dream Academy i łatka dziewczyny, która nie dostała się do zespołu KATSEYE. Ale przecież żadna historia nie zaczyna się ani nie kończy na jednym castingu. Pomiędzy Bratysławą a Los Angeles, baletową salą a popową sceną, różowymi włosami a marzeniem o wielkiej karierze, Adéla buduje własny język. PRIMA jest właśnie o tym: o ambicji, kreowaniu siebie i powolnym odzyskiwaniu prawa do napisania własnej historii.
Własna droga do „PRIMA” Adéla Jergova przestaje być tą z Dream Academy
Istnieją artyści, których karierę można opowiedzieć jednym zdaniem. Adéla Jergova długo była opisywana właśnie takim zdaniem: dziewczyna z Dream Academy, która nie dostała się do KATSEYE. To zabawne, jak szybko jeden moment potrafi przykleić się do człowieka i zacząć funkcjonować jako jego cała historia. Zwłaszcza w popie, gdzie zanim jeszcze zdążymy dobrze poznać muzykę, znamy już czyjąś narrację. Tyle że Adéla od początku miała zbyt wiele własnych historii, żeby zamknąć ją w jednym programie.
Pochodzi z Bratysławy, jako dziecko trenowała balet, kształciła się między innymi w Vienna State Ballet i English National Ballet School, a później przeniosła się do Los Angeles, żeby spróbować swoich sił w muzyce. Jej droga do popu nie zaczęła się więc od mikrofonu, a od dyscypliny, powtarzania tych samych ruchów, kontroli nad własnym ciałem i uczenia się, że na scenie nie ma miejsca na przypadek. Może dlatego PRIMA wydaje się dzisiaj czymś więcej niż zwykłym debiutem.
Bo prima to przecież nie tylko „pierwsza”. To także prima ballerina — najważniejsza tancerka zespołu. Tytuł albumu jest więc wyjątkowo dobrze dopasowany do Adéli. Jej pierwsza płyta jest jednocześnie próbą wejścia na pierwsze miejsce. Nie chodzi już o bycie jedną z uczestniczek programu. Chodzi o to, żeby zostać główną bohaterką własnej historii.
I chyba właśnie tutaj zaczyna się najciekawsza część tej opowieści. Bo Adéla nie buduje swojej tożsamości wyłącznie muzyką. Buduje ją również kolorem. Różowe włosy stały się niemal jej wizytówką, a kolor ten przestał być zwykłym elementem stylizacji i zaczął działać jak logo. W świecie, w którym każda nowa popowa artystka musi znaleźć sposób, żeby zostać rozpoznaną w ciągu kilku sekund przewijania TikToka, Jergova odnalazła własny znak. Widzisz róż i zaczynasz wiedzieć, z kim masz do czynienia. Branding ten jest zbliżony do koloru zielonego po premierze albumu BRAT Charli xcx.
Co więcej, róż ten dobrze współgra z tym, jaka jest muzyka Adéli. Jest przesadzony, trochę bezczelny, trochę kiczowaty, seksualny, zabawny i świadomy własnej sztuczności. Jergova nie próbuje wyglądać jak artystka, która przypadkiem znalazła się w popowym świecie. Ona wygląda jak ktoś, kto bardzo dobrze wie, że pop jest spektaklem — i zamierza ten spektakl wykorzystać. Pod tym względem PRIMA nie jest oderwana od jej wcześniejszej EP-ki The Provocateur. To właśnie tam pojawiła się Adéla, która zamiast udawać, że przemysł muzyczny jest romantyczną historią o spełnianiu marzeń, zaczęła mówić o nim wprost: o pieniądzach, pożądaniu, wizerunku i cenie, jaką płaci się za uwagę. Sama oprawa EP-ki była zresztą prowokacją, a jej piosenki świadomie bawiły się cynizmem związanym z byciem produktem.
PRIMA nie porzuca tej bohaterki. Daje jej tylko większą scenę. Już otwierające KGB jest właściwie manifestem ambicji. Adéla opowiada w nim o przeprowadzce do Los Angeles i o pragnieniu zostania gwiazdą. Jest w tym coś bardzo amerykańskiego — wiara, że można wyjechać z własnego miasta i stworzyć siebie od nowa — ale jednocześnie coś bardzo wschodnioeuropejskiego. Dziewczyna ze Słowacji przyjeżdża do miejsca, które przez dekady funkcjonowało jako fabryka marzeń, i próbuje przekonać wszystkich, że sama też może być jedną z jej produkcji.
Tylko że Adéla doskonale wie, jak absurdalny jest ten sen. Dlatego obok KGB pojawia się Ain’t In LA— piosenka, która paradoksalnie stała się jej największym przełomem. To utwór o tych, którzy jeszcze nie dotarli do Los Angeles, marzeniu o wielkim świecie i o frustracji związanej z pozostawaniem poza nim. I chyba właśnie dlatego brzmi tak uniwersalnie. Nie trzeba mieszkać w Bratysławie ani przeprowadzać się do Hollywood, żeby znać uczucie patrzenia na czyjś sukces i zastanawiania się: a co, jeśli ja też mogłabym to zrobić? Ain’t In LA trafiło dzięki temu znacznie szerzej, a Adéla została pierwszą słowacką artystką na Billboard Hot 100.
W tym sensie jej słowackie pochodzenie przestaje być przypisem biograficznym. Ono staje się częścią mitu. Bo Adéla nie jest kolejną dziewczyną, która urodziła się w Los Angeles i od dziecka miała dostęp do przemysłu muzycznego. Jest dziewczyną z Bratysławy, która przyjechała do Stanów Zjednoczonych z własnym bagażem doświadczeń i próbowała znaleźć tam miejsce dla siebie. I może właśnie dlatego tak dobrze pasuje do niej róż. Jest jednocześnie bardzo popowy i bardzo osobisty.
PRIMA jest zresztą pełne takich kontrastów. Nicole Kidman opowiada o sławie, autonomii i potrzebie bycia zauważoną, a sam fakt, że Kidman rzeczywiście zainteresowała się Adélą po wykorzystaniu Ain’t In LA, sprawia, że utwór niemal sam dopisał sobie kolejny rozdział. Boys jest z kolei lekkim, flirtującym kawałkiem, który bawi się popową seksualnością, podczas gdy Red Bottoms zamienia luksusowe szpilki w metaforę relacji. Jest tu więc dużo humoru i hedonizmu, ale pod powierzchnią wciąż wraca temat statusu, pożądania i tego, jak bardzo człowiek może sam siebie wykreować.
Najbardziej interesująca jest jednak Therapy. To moment, w którym Adéla przestaje tylko grać rolę bezczelnej popowej dziewczyny i zaczyna odsłaniać mechanizm stojący za tą rolą. Mówi o Auto-Tune, o oczekiwaniach przemysłu i o własnej niepewności. To trochę tak, jakby na chwilę odsunęła różową kurtynę i pokazała, że pod całym tym brandingiem znajduje się prawdziwa osoba, która również zastanawia się, czy jest wystarczająco dobra. Dlatego PRIMA działa najlepiej wtedy, kiedy Adéla pozwala sobie być jednocześnie produktem i osobą świadomą tego, że tym produktem jest.
To jedna z najciekawszych cech jej twórczości. Ona nie udaje, że nie zależy jej na sławie. Przeciwnie — zależy jej bardzo. Chce być pierwsza. Chce być zauważona. Chce być gwiazdą. Ale zamiast ukrywać tę ambicję pod warstwą fałszywej skromności, robi z niej część swojej sztuki. Adéla nie musi już być tą, która odpadła. Nie musi być tą z Dream Academy. Nie musi nawet być wyłącznie tą ze Słowacji. Wszystkie te określenia są prawdziwe, ale żadne z nich nie jest wystarczające.
Bo pomiędzy baletową salą, Bratysławą, Los Angeles, Dream Academy, różowymi włosami i Ain’t In LA powstała już całkiem spójna postać artystyczna. Adéla zaczyna rozumieć, że nie musi wybierać jednej wersji siebie. Może być jednocześnie baletnicą i popową prowokatorką, Słowaczką i artystką próbującą podbić amerykański rynek, dziewczyną w różowych włosach i kimś, kto bardzo poważnie traktuje własne ambicje.
I właśnie dlatego PRIMA jest dobrym tytułem. To pierwsza płyta, ale nie pierwszy rozdział. To raczej moment, w którym wszystkie wcześniejsze rozdziały zaczynają układać się w jedną historię. Dziewczyna, która kiedyś próbowała dostać się do stworzonej przez innych grupy, teraz buduje własny świat. I jeśli nadal ktoś chce nazywać ją ta, która nie dostała się do KATSEYE, właściwie nie ma w tym nic złego. Pod warunkiem, że pamiętamy, iż to już tylko początek zdania. Dalszą część pisze Adéla.