
Wyrozumiałość dla geniusza – „Franz Kafka”
Wyrozumiałość dla geniusza
Moja relacja z twórczością Agnieszki Holland, dla wielu wciąż „jedynej” polskiej reżyserki, od zawsze była burzliwa. Wydaje mi się, że potrafię przywołać nawet mgliste wspomnienie chwili, kiedy dowiedziałam się o jej istnieniu. Nie, nie był to doniosły moment – nie spotkałam jej wtedy osobiście ani nie wydarzyło się nic niesamowitego. Po prostu jako dziecko byłam zaskoczona, że kobieta w ogóle może być reżyserką i zaczęłam wypytywać o nią najbliższego dorosłego, który był w domu. Padło na mojego tatę. Tylko że jako siedmiolatka oczekiwałam od filmów raczej banalnych miłosnych uniesień, różu, falbanek, może nawet kiczu, a nie kina moralnego niepokoju (tak, pamiętam też mój pierwszy seans „Marii Antoniny” Sofii Coppoli…). W późniejszych latach zdarzało mi się trafiać na filmy Holland, ale myślę, że bezpiecznie można stwierdzić, iż po prostu celem jej twórczości nie jest wpasowanie się w moje oczekiwania.
Zacznijmy jednak od kontekstu, bo ciężko pisze mi się o Agnieszce Holland bez przytaczania całego bagażu, jaki niesie ze sobą jej postać. Mówiąc o niej zawsze osadzam ją w kontekście, w jakim przyszło jej operować, ponieważ uważam, że wiele on dodaje do jej osoby. Zwracając na to uwagę stąpa się po cienkim lodzie, bo faktem jest, że gdyby była mężczyzną to nie byłoby tej dyskusji.
Reżyseria to zdominowany przez mężczyzn zawód i jest to temat pod inną dyskusję. Najlepiej obrazuje to jednak fakt, że w niemal stuletniej historii Oscarów, będących dla mainstreamowego odbiorcy wyznacznikiem kierunku, w jakim zmierza kino, jedynie dziewięć kobiet otrzymało nominację w kategorii najlepszej reżyserii, a statuetkę zdobyły zaledwie trzy, wszystkie dopiero w XXI wieku.
Na rodzimym poletku kobiety nie miały wcale łatwiej, bo chociaż drogę torowała Wanda Jakubowska, to można odnieść wrażenie, że przetarła szlak głównie Agnieszce Holland, chociaż kroku przez pewien czas dotrzymywała jej także Barbara Sass. Współcześnie dość zapomniana, a także zasługuje na wzmiankę, ponieważ do dzisiaj kobieta decydująca się na reżyserię podejmuje krok niemniej ryzykowny niż dziewczyna idąca do technikum mechanicznego.
Poza powolnymi ale dziejącymi się zmianami w myśleniu o tym zawodzie, to sukces jaki odniosła autorka „Franza Kafki” dał zielone światło nowemu pokoleniu filmowych twórczyń, które powoli przebijają się do masowej świadomości, zmieniając postrzeganie zawodu. Dzisiaj mamy także: Kingę Dębską, która tworzy popularne filmy, Małgośkę Szumowską, której filmy także są wyświetlane na międzynarodowych festiwalach czy tak ciekawe twórczynie jak Agnieszka Smoczyńska albo Jagoda Szelc oraz wiele innych kobiet, które walczą o swój głos w świecie filmu.
Droga do kariery autorki „Aktorów prowincjonalnych” (1978) okazała się jednak pokrętna – oznaczała konieczność funkcjonowania, mówiąc wprost, w niemal wyłącznie męskim świecie.Nie dostając się do Łodzi wyjechała studiować reżyserię do praskiej Akademii Sztuk Scenicznych i na stałe związała się z Czechami. Po powrocie do Polski została jedną z głównych przedstawicielek Kina Moralnego Niepokoju, ale stan wojenny zastał ją we Francji, a wtedy przekierowała swoją twórczość na Zachód. Udało się jej odnieść światowy sukces, o jakim większość jej kolegów po fachu mogła tylko marzyć. W 1992 roku „Europa, Europa” zdobyła Złoty Glob za najlepszy film nieanglojęzyczny. Zatem tak, kiedy mowa o Holland to warto wspomnieć o tym, jakie pokrętne drogi prowadziły do jej sukcesu i jak ważną personą, zasłużoną dla polskiej kinematografii pozostaje. Jednak to było już jakiś czas temu, a mój osobisty problem z tą reżyserką wynika z jej ostatnich produkcji.
Ostatni czeski film Agnieszki Holland, „Szarlatan”, podobnie „Franz Kafka” bardzo mnie zirytoał oraztowarzyszyły mi podobne odczucia, kiedy wychodziłam z kina kilka lat temu, jak i w listopadzie. Według mnie to niezgrabny film o egoistycznych mężczyznach, z którymi nie dało się sympatyzować. I w zasadzie Kafka jest taki sam. Inna była „Zielona Granica”, którą uważam za dobry autorski scenariusz, ale z racji tematu, jaki porusza i przyjętej konwencji ciężko, żeby twórczyni mogła dodać coś od siebie do historii, która musiała zostać potraktowana z należytą powagą, a fabuła, była tylko pretekstem, aby opowiedzieć historie, które wciąż rozgrywają się na polsko-białoruskiej granicy. Później jednak reżyserka wróciła do Czech, aby podjąć się nakręcenia filmu biograficznego o mężczyźnie i uważam, że ma ona dla nich zbyt wiele wyrozumiałości. Myślę, że warto zaznaczyć już w tym miejscu, że nie byłam też nigdy wielką fanką twórczości samego Franza Kafki ani chociażby „Procesu”. Już na poziomie narracyjnym mam z tym dziełem problem, nie podoba mi się motyw everymana i Kafka, jako autor nie miał w sobie tego, czego akurat ja szukam w literaturze. Jako postać też nie jest to raczej moja bajka.
Sceny z życia pisarza w filmie Holland przeplatają się ze sobą niechronologicznie i z różną intensywnością. Zmienia się nawet konwencja raz bohater spaceruje po zwykłym parku, idzie przez zwyczajną Pragę, a innym razem trafiamy do jego wyobraźni, aby następnie powędrować do współczesności, a później film staje się oniryczną interpretacją wizji świata bohatera. Działa to na początku filmu ale im dalej, tym staje się to coraz bardziej męczące i mniej przystępne. Być może reżyserka chciała zaserwować nam biografię skomplikowanej postaci, ale dla mnie mimo wszystko jest to film fanki o idolu. Niby nie jest to laurka – z Kafką ciężko sympatyzować, kiedy zdradza narzeczoną czy kłóci się z żebrakiem o kilka groszy, ale jednocześnie odnosi się wrażenie, że Holland jest swoim bohaterem zachwycona. Możliwe, że zaprawiony fan jego twórczości znajdzie w tym obrazie wiele smaczków, ale dla każdego innego odbiorcy film może pozostać niezrozumiały oraz ciężki w odbiorze. Zaryzykowano również pod względem formy – przy dziele złożonym z wielu luźno powiązanych scen oraz tak nielinearnej narracji zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że film będzie się dłużył, i niestety w tym przypadku właśnie tak się dzieje.. Przy czym często nie wiadomo czemu tak naprawdę poświęca się ekranowy czas. Najlepiej wypada motyw rodzinny – skomplikowane relacje pisarza z ojcem oraz przyjaźń z siostrą, Otą. Tylko znowu, siostra czy jego przyjaciel, także literat i późniejszy opiekun jego spuścizny, Max Brod wydają się zachwyceni Franzem, wręcz bezkrytycznie. Inaczej jest filmowana wieloletnia narzeczona Kafki, Felice, która najbardziej się na nim zawiodła. Początkowo także zachwyciła się geniuszem, ale on ma prawo do bycia nieporadnym i oderwanym od rzeczywistości, kobieta tego przywileju u Holland nie ma. Podkreśla się brak klasycznej urody Felice, ale zestawia z jej wyrozumiale potraktowaną przyjaciółką oraz domniemaną kochanką Franza. Kiedy pisałam o „Chopin, Chopin” jednym z moich zarzutów było pominięcie postaci George Sand, a we „Franzu Kafce” dzieje się to samo. O ile Felice jest dużo na ekranie, to Milena Jesenská chyba najsłynniejsza z towarzyszek pisarza, pojawia się prawie pod koniec filmu, trochę jakby dokręcona na szybko. Nie wiem jak ważna miałaby być dla pisarza, a cała historia ich zażyłości trwa kilka minut. Dora Diamant, z którą w rzeczywistości Franz nawet zamieszkał, nie jest w filmie wspomniana, a to ona żyła z pisarzem aż do jego śmierci.
Konwencja filmu miała wynikać z tego, że twórcy chcieli przedstawić nam świat, tak jak odbierał go bohater, ale jednocześnie opowiadają nam o nim jego bliscy. W zasadzie tak jak wszyscy inni na ekranie, my widzowie także nie możemy dorównać geniuszowi.
Ciężko stwierdzić czy miłośnicy Kafki odnajdą w tym filmie coś dla siebie. Jednocześnie nie wiemy co tak naprawdę autora inspirowało, że zdobył uznanie, musimy wierzyć na słowo, a większość jego dzieł nie jest nawet wspomniana w filmie. Podczas moich prywatnych konsultacji z fanami jego twórczości też nie wyczułam zachwytu. Przeciwnie.
Nie byli zachwyceni seansem także amerykańscy dziennikarze, którzy zdecydowali się nie nominować filmu do Złotego Globu. Natomiast co mnie najbardziej w tej kwestii porusza to sam fakt zgłoszenia „Franza Kafki” jako polskiego kandydata do Oscara. Posłużę się teraz oklepanym wytrychem i przeproszę najpierw wszystkich, którzy poczuli się urażeni, ale uważam, że decyzja PISF-u jest w tym przypadku niezrozumiała i była zwyczajnie błędna. Tak jak jestem zdania, że „Zielona Granica” zasłużyła na takie wyróżnienie, tak uważam, że w tym roku mamy co najmniej dwa polskie filmy, które dużo lepiej sprawdziłyby się w tej roli. „Chopin, Chopin”, film zrobiony z rozmachem, zarówno bardziej udany, jak i przystępniejszy niż film Holland. Uważam że na takie docenienie zasłużyli znacznie skromniejsi od biografii pianisty, ale najbardziej udani ze wspomnianych tu filmów, „Ministranci” Piotra Domalewskiego – mały wielki film. Obydwa te filmy przegrały jednak w starciu z biografią Kafki, zarówno w „wyścigu oscarowym”, jak i w Gdyni. Decyzja Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej jest o tyle zastanawiająca, że w Kafce nie ma żadnych polskich motywów. Był niemieckojęzycznym Żydem żyjącym w Pradze, gra go aktor, pochodzący z Izraela,w samym filmie mówi się tylko po czesku i niemiecku – film był również nakręcony w Czechach. Nie reprezentuje on polski w żadnym stopniu. A i tak żaden z koproducentów – ani Czesi, ani Niemcy, ani nawet Francuzi nie wyróżnili go tak jak zrobili to Polacy. Aż ciężko nie pomyśleć, że był to jakiś nieudany skok po międzynarodowe uznanie, może ktoś nawet naiwnie myślał, że po Oscara, ze względu na popularną postać pisarza. W tym samym roku, kiedy w Polsce powstał film o równie słynnej postaci, hojnie przez PISF sfinansowany i równie szumnie zignorowany, kiedy przyszło do jego promocji.
Tym za co warto ostatecznie docenić „Franza Kafkę” to ryzyko jakie podjęła się reżyserka, nie chcąc robić klasycznej biografii. Jednak jednocześnie to, co go wyróżnia czyni go także nieprzystępnym. Mnie zaś ciężej skupiać się w tym przypadku na czysto filmowych elementach, które zostały już licznie opisane, kiedy to co zostało ze mną na dłużej to wrażenia jakie odniosłam z feministycznej perspektywy. Jest to film traktujący z wielką wyrozumiałością mężczyznę, którego geniusz musimy zaakceptować. Ciekawa koniec końców forma jest poza tym pusta.